Cytat

Tu Ci zrobię dobrze. Słowem!
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Instagram

Like Us

Like us

Custom Featured

Featured Post

featured Slider

Navigation Menu

Custom Random

Newsletter

Random Post

Popular Posts

wtorek, 29 listopada 2016

Jak się przygotować do konferencji dla blogerów?

Brak komentarzy:

Dwie konferencje, dwa miasta i jeden cel. Może dwa. Albo i trzy. Czyli słów parę o tegorocznych WroBlog i BloSilesia.

 

Kiedy w 2009 roku zakładałam bloga fotograficznego nie wiedziałam, że tak to się nazywa. A o okrzyknięciu się blogerką nawet nie wspomnę. Blog? To się je? A mogę dodać majonezu?

Nie przypuszczałam też, że kiedykolwiek będę jeździć na konferencje dla blogerów. A jednak.

blog | blogowanie | bloger | konferencja | WroBlog | BloSilesia | 2016 | wyjazd | Katowice | Wrocław | porady | przewodnik | wyżera blogera | O w Morelę | Mara Time

Założyłam bloga, takiego z prawdziwego zdarzenia, pisanego, z ładnymi zdjęciami, grafikami, otoczonego z każdej strony profilami w różnych social mediach. Czasami nawet z legendarnymi już dziubkami na Instagramie :* I obowiązkowymi pluszowymi papciami.

Poznałam poprzez ekran i klawiaturę ludzi, koty i inne kurki. Ci również tworzyli w sieci. I zachciało mi się poznać ich na żywca.
A gdzie najlepiej poznać drugiego blogera?
Tak, na konferencji dla blogerów. Tylko tam występują stadnie :)

Tylko jak się do niej przygotować, co ze sobą zabrać i od czego zacząć?

Zapisy / bilety

Przede wszystkim na wymarzoną konferencję trzeba się najpierw dostać.

Trochę głupio by było jechać kilkaset kilometrów w ciemno, nie wiedząc czy będzie się miało miejsce siedzące czy wiszące na parapecie za oknem.
Ale jak? A to już zależy od organizatorów.

Moją pierwszą blogową konferencją była tegoroczna edycja WroBlog, na którą były zapisy.
Należało wypełnić udostępniony przez organizatorów formularz rejestracyjny i uzbroić w cierpliwość. W sporą dawkę cierpliwości i nutelli.
Gdy moje nerwy były już napięte do granic możliwości, dokładnie w momencie, gdy otwierałam trzeci słoik pocieszającej mnie w każdej ciężkiej chwili nutelli, otrzymałam maila z zaproszeniem. Tak, dostałam się na moją pierwszą konferencję :) W dodatku w ukochanym Wrocławiu!

Na drugą w życiu konferencję, czyli BloSilesię, która odbyła się parę dni temu, co prawda nie było formularza zapisu i długiego oczekiwania na werdykt organizatorów, ale to wcale nie oznacza, że kosztowała mniej nerwów.
Tu liczył się czas! Pod każdą postacią.
Wehikuły czasu, czasowstrzymywacze i zmieniacze czasu były jak najbardziej wskazane :)
Na BloSilesię były bowiem bilety, zatem rządziła zasada kto pierwszy ten lepszy.
Pierwsza tura biletów rozeszła się bardzo szybko, bo chyba w mniej niż 20 minut. Podczas drugiej wielu nawet nie zdążyło wypowiedzieć zdania “Świętej Makreli dodaj czekolady, niechaj dobrze smakuje!”

Jeśli chodzi o same bilety i zaproszenia, na BloSilesii nawet w ostatniej chwili można było odstąpić swoje miejsce drugiej osobie. W ten właśnie magiczny sposób udało się podmienić Ewę, która się nam niespodziewanie w piątek rozchorowała, na Narwanego.
Na WroBlog niestety takiej opcji nie było, a przynajmniej ja nie słyszałam. Zapewne dlatego, że czekały już na nas wydrukowane imienne identyfikatory.

W Katowicach identyfikatory wypisywaliśmy sami. Czyli witam ja i moje nieczytelne pismo.


Zaprezentuj się i daj zapamiętać

Gdy jechałam do Wrocławia byłam kompletnie zielona w tematyce konferencji dla blogerów. I w sumie nadal jestem.

Doświadczona jednak spotkaniami i prezentacjami związanymi z moją branżą, wiedziałam że przydałoby się mieć wizytówki, aby jak najlepiej się przedstawić i dać zapamiętać.
Wpadłam na pomysł wlepek - naklejek z logo mojego bloga, które rozdawała bym z hasłem “a daj Ci wlepię!” ;)
Niestety, nawał pracy w ostatnim tygodniu przed konferencją skutecznie mnie od tego pomysłu odwiódł.

Tego błędu nie popełniłam przy spotkaniu w Katowicach.
Wizytówki zaprojektowałam odpowiednio wcześniej, w kilku...nastu opcjach. Z powodu niedawnych narodzin Moreli zdecydowałam się na składane / bigowane. Na przód poszła architektoniczna Mara Time, na tył dupiasta O, w Morelę. Aby zostać zapamiętaną, w środek wrzuciłam kalendarzyk na 2017 rok.
Mam nadzieję, że dzięki temu Ci co dostali ode mnie wizytówki będą ze mną przez okrągły morelowy rok :) Będziecie?


Dojazd i nocleg

Już wiesz, że jedziesz na wymarzoną konferencję, warto zatem odpowiednio wcześniej zapewnić sobie dogodny dojazd i nocleg.
Nie, pod żadnym pozorem nie zostawiaj tego na ostatnią chwilę! Zabraniam! Bo czeka Cię jazda hulajnogą i chrapanie na dworcu. Jak typowy menel ;)

Aby dotrzeć do Wrocławia miałam dwie opcje do wyboru: Polski Bus lub pociąg.
Niestety z rezerwacją biletu na busa zbyt długo zwlekałam, więc ostatecznie musiałam jechać naszymi cudownymi kolejami polskimi. I się nie wyspać, o odleżynach na arystokratycznym siedzeniu nie wspominając.
Natomiast jednonocny dach nad głową i dmuchany elektrycznym pierdzioszkiem materac pod tyłkiem zawdzięczam Dizajnuchowi i jego Małej Żonce, którzy ugościli mnie w swoim studio projektowym. Dzięki, kochani, wciąż Wam wiszę Dary Losu :)

Katowice na szczęście są moją górnośląską bajką - 30-minutowy dojazd w przemiłym towarzystwie Ani + nocleg we własnej kociej pościeli. Szkoda, że zimnej - ogrzewanie i ciepłą wodę trafił szlag. Już szykuję nominację do Zgniłej Moreli Miesiąca.

Jak się ubrać?

W miniony piątek, gdy się okazało, że Ewa leży rozłożona, jej bilet powędrował do Dawida.

Wieczór, czas fejs-zbuka i telefon od Narwanego:

- Ej, ale jak ja mam się ubrać?
- Zwyczajnie. Ja się ubieram jak Menel z Biura.
- Ale koszula, garnitur?
- Nie, no. Wygodnie i zwyczajnie ;)

No właśnie, nikt nie będzie od Ciebie wymagać galowego stroju, lakierków na nogach czy sukni balowej z koronką. Ten gorset lepiej też schowaj do szafy! To zwyczajne spotkanie ze zwyczajnymi ludźmi w zwyczajnym miejscu. Jeśli nie jesteś prelegentem - ubierz się jak chcesz. Byle wygodnie.

Po prostu coś ubierz.

Bo jeśli się nie ubierzesz to z pewnością zostaniesz zapamiętany. Niekoniecznie dobrze ;)
A to już zaowocuje problemami na długie lata.

Chłoń wiedzę prelegentów

Bądź jak gąbka. Jak najdroższy ręcznik papierowy. Jak Tommy Lee Jones w “Ściganym” ;)
Chłoń ją wszystkim co posiadasz - umysłem, notatnikiem, aparatem, laptopem, podsłuchem, ukrytą kamerką.

Bo na konferencję jedziesz nie tylko dla spotkań towarzyskich, ale również aby się uczyć. Chyba, że czujesz się już na tyle dużym blogerem, że masz to głęboko w… moreli.
Wtedy możesz sobie olać wykłady, bylebyś innym nie przeszkadzał w słuchaniu tego, co dla świeżynek może się okazać pomocne. Choć trzeba przyznać, że duzi blogerzy tu pewnie nawet nie zajrzą.

Oczywiście, zdarzają się prelegenci, którzy swoją prezentację udostępnią. I chwała im za to, niechaj się mnożą.
Bo część moich notatek z obu konferencji można postawić w muzeum obok hieroglifów egipskich. Nikt nie dostrzeże różnicy, a historycy będą się o nie bić na maczugi.

Nie bój się zagadać do tych, których znasz tylko z drugiej strony ekranu

To zwyczajni ludzie. Ty też daj się poznać bliżej i udowodnij, że nie jesteś maszynką do klepania w klawiaturkę.

Najlepiej zajdź upatrzonego wcześniej blogera po cichutku, na paluszkach, od tyłu i krzyknij: “Cześć, babo!” jak to z wdziękiem uczyniła mi Karola. Poprzytulajcie się, walnijcie kilka fotek w fotobudce.
I koniecznie wypijcie kawę! Kawa zawsze skraca dystans. Jeszcze bardziej dobre żarło i piwo.

Wstydzisz się albo nie jesteś pewien czy upatrzona ofiara to ten bloger? Napisz do niego na fejsie, insta czy puść inny sygnał świetlny, np. poprzez bezpośredni kontakt. Nawet jeśli to będzie ktoś zupełnie inny, masz świetną okazję poznać nową osobę!
A na kolejnej konferencji poznać tę osobę jeszcze raz ;)

Dobrych nowych znajomych nigdy dość!



Efekty specjalne, czyli co się dzieje po konferencji

Bo tak szczerze powiedziawszy to mogą się dziać przeróżne, niewytłumaczalne i nieprzewidywalne rzeczy. Nie polecam odprawiania egzorcyzmów - i tak nie pomogą!

Tradycją już jest, że po każdej konferencji odbywa się afterparty. Czyli okazja do pogadanki przy kawce. Lub nie tylko.
Czasami afterparty roznosi się na inne lokale. Polecam te z dobrym żarciem.
Oto nadszedł czas, by poznać się bliżej, wymienić blogowymi doświadczeniami czy… pogadać o pracy, jak to uczyniliśmy po WroBlog.


Niektóre konferencje oferują też atrakcje dodatkowe. Tak właśnie było we Wrocławiu.
Na drugi dzień, w pewną piekielnie upalną niedzielę, dane mi było odbyć instawalk po Wrocławiu.
Minusy? Tak, jeden - temperatura! Choć był to koniec sierpnia termometry wskazywały o dużo za dużo powyżej mojej normy. Skandynawska krew dała o sobie znać.
Jednak nie żałuję ani minuty. Takich obiektów jeszcze nigdy w życiu na oczy nie widziałam. No, może tylko w Bytomiu ;)
Ale przyznaję, kilka razy dostałam architektonicznego orgazmu! Marta tego świadkiem.
Ciekawi? Zajrzyjcie na mój architektoniczny instagram Mara Time.




Była też możliwość zwiedzania ZOO, ale to najlepiej opisują Karola z Życie Me oraz Ela z Pierwszej Damy.
Ja w tym czasie wracałam już na Górny Śląsk, niestety w towarzystwie jak zwykle zbyt głośnych Włochów i jakiejś nie do końca świeżej kanapki w żołądku :/

 

A co po BloSilesii?

Niestety i na szczęście nic.
Sami organizatorzy nie planowali żadnych dodatkowych atrakcji na następny dzień, zatem z Elą zaplanowałyśmy sobie taką same. Miał to być instawalk po Nikiszowcu. Napisałam po kociemu “miał”, bo w końcu pokonała nas pogoda i siły wyższe.
Ale co się odwlecze to dogonię ja sama ;)

To jak? Gotowi na konferencje blogerskie? Pasy zapięte? Umysły chłonne?

Powiem zatem krótko - do dzieła, bo warto!

 

Na co jeszcze czekasz? Rusz tyłek sprzed kompa i leć na spotkanie blogerów nim zajmą Ci miejsce!

niedziela, 20 listopada 2016

Liebster Blog Award, czyli jak nagiąć zasady?

Brak komentarzy:
Patrzcie no ją! Ledwo się wyturlała na świat a już jest rozpoznawalna. Jak zupka chińska firmy Vifon w Biedronce. Toż to czyste bluźnierstwo! Karygodne i nawiedzone! Wzywajcie egzorcystę, pogromców duchów i cukiernika!
Z naciskiem na cukiernika, poproszę ;)

Blog ostrosłowem pisany. I z jajem. Tu Ci zrobię dobrze. Słowem!

Jeszcze miesiąc nie minął od startu Moreli, ba! nawet tydzień, a tu już przemiła niespodzianka mnie spotkała. Oto Morela została nominowana do Liebster Blog Award.

Co to takiego ten cały Liebster Blog Award?


To taka blogerska zabawa, coś jak Złote Myśli, które były modne całe lata temu. Bosze, to ja już taka stara jestem?

Blogerzy nominują blogerów, by Ci odpowiadali na pytania. W ten sposób mamy okazję się bliżej poznać i pośmiać :)
Morela swoją nominację zawdzięcza Pierwszej Damie (kłaniam się nisko!) i właśnie ma zamiar puścić blogerski łańcuszek dalej w świat.


Trzymając się bardzo rygorystycznych punktów całej zabawy, pod karą rozstrzelania ogórkami kiszonymi w markecie, należy:


1) Podziękować za nominację - buziolek, Ela! Stawiam ciacho na BloSilesia :*

I zadecydować czy będzie się w niej brać udział.

No, nie wiem. To takie już oklepane, wszyscy to przeszli, niektórzy nawet kilka razy. Mara też już ma to za sobą.

OK, już zdecydowałam! To jedziemy z LBA! :D


2) Opisać czytelnikom zasady.

Właśnie to robię ;)


3) Opisać swój ulubiony blog.

Ten punkt jestem zmuszona trochę nagiąć, bo… zwyczajnie jest ich zbyt dużo.
Chciałam opisać jeden, ale po chwili stwierdziłam, że inny jest równie dobry, a tak poza tym to i ten trzeci niczego sobie… Doszłam do trzydziestego.
Nie, kochani, tu naginam przestrzeń, bo nad czasem niestety jeszcze nie zapanowałam :)


4) Wyciągnąć na światło dzienne 10 ciekawostek o sobie.

To za momencik, jeszcze chwilkę potrzymam Was w niepewności ;)


5) Nominować od 5 do 11 kolejnych przeszczęśliwych wybrańców.

Na to też mam już swój autorski sposób, o którym się przekonacie na samym końcu ;)


6) Dać znać przeszczęśliwym wybrańcom, że są kolejni na liście LBA.

Dam, obiecuję, że wszystkim Wam dam.
Znać oczywiście ;)


Skoro ogólne zasady, które z dziką rozkoszą będę częściowo naginać, wszyscy już znamy, pozwólcie że przelecimy się do rozwinięcia pkt. 4.

Ciekawostki o Moreli:


Z początku zastanawiałam się czy opisać tylko moje, czy tylko Morelowe. Ostatecznie będzie to mieszanka. Oby nie wybuchowa.

1) Widzisz na górze i na dole strony taką uroczą morelkę w logo? Wyznam, że nie powstała ona w żadnym znanym Wam programie graficznym. To nie jest twór z Corela czy Photoshopa. Czy nawet Painta :P
Ten drobiazg narysowałam w… AutoCadzie, programie do projektowania, którego używam na co dzień w mojej pracy. Tak po prostu było mi dużo prościej :)

2) Pozostańmy przez chwilę w temacie Moreli.
Kilka osób dopatrzyło się w niej pewnego podobieństwa do pewnej części ciała. Ty pewnie również. Jest to jak najbardziej podobieństwo zamierzone :)

3) Jestem kociarą pełną gębą.
Zaczęło się od jednego, później sąsiadka przyniosła drugiego. Trzecie futro przygarnęłam tuż przed zimą dwa lata temu. Ów futro okazało się ciężarne i urodziło mi ósemkę kociąt. Dobrze liczysz, przez 3 miesiące miałam u siebie (a nocami i na sobie) 11 kotów.
Ale co w tym wszystkim jest najpiękniejsze? Że cała młoda ósemka przeżyła i znalazła swoich ludzi. I że ja zostałam ostatecznie tylko z czterema ;) Ufff…

4) Nie lubię różowego. Ale to już wiesz.

5) Jestem starą maniaczką wszystkiego co Japońskie. Gdy miałam jakieś 6, może 7 lat, obejrzałam pierwszy w swoim życiu film Japoński, a był nim… “Siedmiu samurajów” Kurosawy. A później, dzięki mandze i anime, poszło już z górki. I tak mi zostało do dziś.
Czy jest na sali ktoś kto pamięta jeszcze “Kawaii”?

6) Jeśli chcesz mi zrobić przyjemność, zaproś mnie na kawę.
Jeśli chcesz mi wbić nóż w plecy, serce i jelita - zamów kawę z mlekiem.

7) Choć wygląd temu przeczy, w tym roku ukończyłam 31 lat. Chodzą nawet słuchy, że kąpię się w formalinie lub zażywam pewnych magicznych specyfików. Jak jest naprawdę? A to już moja słodka tajemnica ;) Ale najgorsze, że wciąż muszę pokazywać dowód chcąc kupić piwo.

8) Nie farbowałam włosów. Nigdy. To co mam na głowie jest wynikiem czystej naturalnej wybuchowej mieszanki genów moich przodków.
Choć przyznaję, że czasami mam wielką ochotę przefarbować się na jakiś bardzo ciemny kolorek. Tylko co się wtedy stanie z moim ognistym charakterem?

9) Kocham pluszowe kapcie. W pracy mam króliczki, w domu słodkie pazurki. A ostatnio, aby pazurki mi się za szybko nie znudziły, kupiłam białe króliczki w markecie. Tak, są słodkie. Tak, pochwalę się na Instagramie. Nie, nie możesz pomiziać!

10) A tu jest miejsce na pytania - niespodzianki :)
Zadawajcie je w komentarzach poniżej, a ja na (prawie) wszystkie odpowiem.
Uwaga!
Nie odpowiadam na pytania dotyczące rozmiaru bielizny, gdzie jest złoty pociąg oraz jak zaciukałam swojego pierwszego męża :P

Szczęśliwi nominowani


Moment, którego nie lubię najbardziej. Zawsze jak kogoś wybieram, mam wrażenie, że komuś innemu wyrządzam krzywdę, bo nie zmieścił się na mojej liście. Ale tym razem chcę to sprytnie ominąć :)

Tym razem każdy z Was ma możliwość wzięcia udziału w Liebster Blog Award.
Jak?
Komentując ten wpis.

Kochani, wykonałam pewien super tajny klucz. Niby nic wielkiego, bo na zwykłej, wymiętolonej przez koty kartce zapisałam 11 liczb. Te liczby odpowiadają kolejnym komentarzom, które będziecie pisać.

Dokładnie za tydzień, 27 listopada, wybiorę zgodnie z tym kluczem autorów komentarzy i uroczyście zaproszę ich do zabawy. Co Wy na to? Podoba się pomysł?

To na co jeszcze czekacie? Komentujcie!

I do przeczytania u Was!

poniedziałek, 7 listopada 2016

Podsumowanie października - Kto otrzyma Zgniłą Morelę?

Brak komentarzy:
Minął nas, pędzący niczym Struś Pędziwiatr po popiciu pstrąga trzymiesięcznym kefirkiem, październik.
Zwykle w tym czasie wyrastają i kwitną na blogach liczne lśniące podsumowania, jaki to ostatni miesiąc był świetny, ekscytujący i wręcz najlepszy z najlepszych.
Serio taki był? To zaczynam się zastanawiać czy żyjemy w tej samej strefie czasowej :P

Pomysł na taką serię zrodził się już dawno, ale jakoś nie wypadało mi go wrzucić na poprawną Marę.
No, dobrze. Poprawną coraz rzadziej. Pamiętacie konkurs na ładne przeklinanie? ;)

Na szczęście jest już Morela i mogę zaszaleć zgodnie z ostrosłownymi standardami, które właśnie się kształtują.
Tak, będę bezkarnie narzekać.
Wy też możecie. Powiem więcej, tu jest to nawet wskazane! :)

Oto co miesiąc będę przyznawać nagrodę im. Zgniłej Moreli temu, co mnie najbardziej w ostatnim miesiącu wmoreliło.
A zdecydowanie miało co!
Z roku na rok jestem coraz starsza to i nerwy nie te same. Mam zatem w czym wybierać.

Były znacznie liczniejsze niż zwykle nadgodziny. I brak kilku ostatnich wolnych weekendów w grafiku. Efekt? Pad prosty na pysk.
Był brak ogrzewania w firmie przez 3 tygodnie. Dziękuję, przeczyszczanie kanalików nosowych gratis.
Był i autobus odjeżdżający dwie minuty wcześniej. Codziennie. Ale tu się akurat nie popisał mój zegarek :P

A jakbym miała jeszcze dopisywać sprawy polityczne to zapewne wyliczanie trwałoby do końca tego roku. Neptunowego. Dlatego też pozwólcie, Drodzy Czytelnicy, że kuchnią ogólnodrobiową zajmować się nie będę. Jakże piękny byłby świat bez niej, nieprawdaż?
Cóż, a póki co mamy kaczkę faszerowaną burakami na śniadanie, obiad i kolację.

A zatem (otwieram uroczyście kopertę)...
Zgniła Morela za dokonania, czyli liczne wmorelenia mnie (wyciągam karteczkę)...
I zapewne wielu z Was również (spoglądam na cudowną widownię)…
Wędruje do (przybliżam się do stojącego na scenie mikrofonu)…
(dramaturgia rośnie, w tle słychać czyjeś nerwowe burczenie w brzuchu… Strusiu, czy to Ty?!)

Piździernikowej pogody!!!

 

Tak, kochani, dawno nie miałam takiego wmorelenia.
Wychodzę do pracy - ciemno, zimno, leje.
Siedzę w pracy - ciemno, zimno.
Wracam z pracy - ciemno, zimno, leje, wieje.
Mierzę elewację - ciemno, zimno, leje, wieje, kapie mi z nosa!

Ja wszystko rozumiem, wiem, że nazwa miesiąca zobowiązuje, ale bez przesadyzmu!

Przez kilka ostatnich lat to właśnie w październiku i listopadzie brałam urlop, i z aparatem w ręku hasałam po swoim lub obcym mieście. Zwykle obcym.
A w tym roku? Ledwo było możliwe bezpieczne i bezkropne doturlanie się do autobusu!

Nie, kochany piździerniku! Tobie już dziękujemy.

Jedyne dobro, które mi przyniosłeś to dodatkowa godzina snu, dokładnie ta, którą wydarto mi spod poduszki wiosną. Zatem wiesz, było miło, w zeszłym roku wręcz upojnie. A ten - nie przemilczę!

Masz tu, piździernikowa pogodo, Zgniłą Morelę!

I idź w π...

poniedziałek, 31 października 2016

Słówko wyjaśnienia

Brak komentarzy:

czyli co tu się moreluje?


Gdy w 2009 roku zakładałam pierwszego bloga (fotograficznego), nie miałam zielonego pojęcia jak go ugryźć. I od tego czasu nic się nie zmieniło.
Nadal nie wiem jak to wszystko powinno prawidłowo wyglądać, więcej eksperymentuję i działam na wyczucie niż według porad zawartych w licznych teraz blogach o blogowaniu.
Co najlepiej widać na moim drugim blogu - Mara Time, z którego to wyrósł ten, Morelowy.

blog | blogowanie | O w Morelę | Mara Time | nowe | ostrosłów | humor | z jajem |

Czym jest Morela?


Na razie eksperymentem.
Pomysł na nią zrodził się już w lipcu tego roku, ale dopiero teraz, po wielu przymiarkach, próbach i tańcach o północy na barze ogląda swymi morelowymi ślepiami świat.

Jest miejscem, gdzie będzie zdecydowanie więcej tekstów niż zdjęć.
Jeśli chcesz oglądać focie to leć na Insta. Ale tu uraczę Cię, Drogi Czytelniku, moimi odręcznymi gryzmołami. Obiecuję za to, że je pokochasz za prostotę, humor i jaja.

Nie, nie! Nikomu nie stanie się krzywda. Nie będę kastrować.
Może czasami coś piętrolnę albo wkurnię.
Może nawet trochę częściej niż czasami. Charakter zobowiązuje.

Po co to miejsce?


Bo ja lubię pisać, a Ty lubisz mnie czytać. Lub za chwilkę polubisz.
Jak już wspomniałam kilka linijek wyżej, Morela wykluła się gdzieś po drodze prowadzenia drugiego bloga.
Jest on, i mam nadzieję, że jeszcze długo sobie pobędzie, stroną o moim życiu z architekturą w tle. Czyli o pracy, projektowaniu, głupich szefach, inwentaryzacjach, starych kamienicach, głupich szefach, fotografii, kiedyś nawet o biżuterii. Bo kiedyś nie miałam pojęcia, że doba ma tylko 24 godziny.
Wspominałam już o głupich szefach?

Gdzieś pomiędzy to wszystko wplotły się i inne tematy - blogowanie, rozmówki osobiste, przemyślenia, dzielenie się i duża dawka humoru. Ba! Nawet udało mi zahaczyć o kulinaria!
I nic nie wybuchło :P
Stwierdziłam, że za dużo tego. Aby nie robić bałaganu lub nawet tego drugiego na be, zaczęłam ograniczać wpisy z innych kategorii, ale to sprawiło, że dusiłam się we własnym sosie, na wolnym ogniu i pod szczelnym przykryciem. Gulasz z Mary? Drogi Czytelniku, nie brzmi to za dobrze, prawda? Zapadła decyzja.
Nastał czas, by powołać do życia coś nowego.
Zabawiłam się w doktora Frankensteina.

Dlaczego O w Morelę?


Nazwa przyszła nagle, przy okazji konkursu na zamienniki soczystego rzutu mięsem.
Przyznaj, lepiej brzmi niż o, w mordę!  Lub jeszcze inaczej ;) A efekt niemal ten sam. I z jajem.

Oczywiście, co bardziej wprawne oczęta czytelniczek, które znają mnie już dłużej, dopatrzyły się pewnego wymownego podobieństwa mojej graficznej moreli do powyższego "jeszcze inaczej". Zuch dziewczynki! :)
Hasło okazało się na tyle pięknie brzmiące, że podsunęłam je Zenji do kreatywnego wyzwania rysunkowo-pisarskiego, a ona z dziką rozkoszą je do niego dołączyła. Czyli się przyjęło :)


I co dalej?


A dalej to standardowo - ja będę pisać, a Ty, Drogi Czytelniku, z uśmiechem na ustach będziesz mnie czytać.
Przynajmniej taką mam nadzieję, bo doszły mnie słuchy, że całkiem nieźle mi to wychodzi.

A o czym?
Co powiesz na porady? Takie na serio, ale i takie z jajem?
Co powiesz na obserwacje? Oczywiście suto okraszone humorem i ostrosłowem?
A może do kompletu farmazony, co by zbyt nudno się nie zrobiło?

Zero architektury, zero pracy, zero stresu!

Może czasami jakąś statuetkę Zgniłej Moreli wybrańcowi miesiąca przyznam ;)

To jak, zajrzysz do mnie jeszcze?
No to jesteśmy umówieni! :)


Niech Ci Morela śmieszną będzie!

sobota, 8 października 2016

Książki, które gryzą

Brak komentarzy:

czyli co zrobić z dobrą fabułą, ale kiepsko napisaną


Lubię czytać. Ba! Uwielbiam!
A jeśli tu jesteś, drogi Czytelniku, to znaczy, że Ty również.

książka | book | audiobook | fabuła | treść | źle napisana |

Wgłębiam się w te pierwsze słowa, niczym w najbardziej puszystego pączka. Smakuję powoli nadzienie - tajemnicze i aromatyczne. Wtulam w świat stworzony przez autora, umysł wraz z dłonią przenikają przez pierwsze warstwy akapitów.

Fabuła wciąga, chcę czym prędzej wiedzieć co będzie dalej, kosztować jej stopniowo, ale i głębiej.
Ale się nie da. Natrafiam na beton.
Łamię zęby mej ciekawości o mur postawiony przez twórcę.

Z coraz większym oporem czytam kolejne zdania, oczy bolą. Dusza boli, bo ciekawość mnie wręcz zżera.

Ale czy warto się tak męczyć?
Czy warto przedzierać się przez kolejne zagmatwane zdania tak nieumiejętnie wydziergane drutem kolczastym przez pisarza.
Wiem, nie każdy może być Kingiem, który w idealny sposób łączy swą nieograniczoną wyobraźnię z doskonałym warsztatem pisarskim.
Ale nie każdy też jest masochistą, by katować szare komórki zdaniami bez sensu!

Żeby daleko nie szukać, miałam tak ostatnio z jednym z głośniejszych hitów.
Nie wiem jak inni czytelnicy tę powieść przeżyli, chyba mieli znieczulenie jakieś.
Tytuł pozostawię dla siebie, aby nie robić antyreklamy.

Zainteresowałam się fabułą - ciekawy i niekonwencjonalny pomysł to jest to co lubię najbardziej.
Niedługo później książka w ręku, nareszcie czytam.
Pierwsza strona - trochę ciężko, ale jak wiadomo do każdego stylu trzeba się przyzwyczaić.
Druga strona - ciężej, chyba autorkę coś bolało. Całkowicie ją rozumiem, mnie też to coś zaczyna boleć.
Trzecia strona, czwarta. Przy ósmej skapitulowałam.

Tytuł wylądował na pokaźnej już stercie z napisem “literacki masochizm - ruszyć tylko gdy wszystkie inne książki wylądują na Marsie”.

Ale historia we mnie pozostała. Kręciła się w te i z powrotem, jak mała wygłodniała orka.
Dobra! powiedziałam. Masz mnie.
Tym jednak razem nie sięgnęłam kolejny raz po wersję papierową. Postanowiłam nie męczyć i tak skatowanych komputerem oczu, a umysłowi wyłapywać tylko to co najistotniejsze.
Tak, drogi Czytelniku, Ty już się domyślasz jak ją potraktowałam.

Bezlitośnie i z pełną premedytacją - audiobookiem.
(na szczęście takowy został wydany :)

Gdybym musiała tę powieść czytać zajęło by mi to z pół roku, może dłużej.
By nie oszaleć wskazane by były przerwy, długie przerwy.
Dzięki czytanej książce to było niewiele ponad 10 godzin.

Przyznaję, czasami przysypiałam.
Ale miałam rację - fabuła przeciekawa, z nielicznymi wyjątkami, na które mogę jednak przymknąć oczko, szczególnie w przypadku debiutu.
Zakończenie równie zaskakujące.

Jednak styl pisania? Zdecydowanie do doszlifowania. A może raczej przeszlifowania w bardziej lekki i przystępny.

Co najciekawsze, niedługo później trafiłam na film oparty na tej właśnie powieści.
To znak, że nie tylko mnie pomysł przypadł do gustu.
Powiem szczerze, to co ekipa filmowa zrobiła to istny majstersztyk. Nigdy bym nie pomyślała, że ekranizacja jakiejkolwiek książki może być lepsza od niej samej.

Szczególnie po Jackson’owskim Hobbicie.


Dobiła Was ostatnio jakaś książka? Pogryzła?
Warto się było przemęczyć?

Zakupy przed apokalipsą

Brak komentarzy:

czyli jak zrobić zapasy na miesiąc

zakupy | zapasy | sklep | pieczywo | mięso | walka o produkt | apokalipsa | dzień wolnego | jak zrobić zakupy | jak robić szybko zakupy | robienie zakupów przed dniem wolnym |


A za czym ta kolejka stoi? - pomyślałam przestępując próg jednego z pobliskich marketów spod żółto-czerwonego owadziego szyldu i wbijając wzrok w wygłodniały tłum przy kasach.

Rzucili promocję na trupy? - minęłam puste chłodziarki z mięsem.
Kończy się słodka woda na ziemi? - rzuciłam okiem na puste półki po napojach mniej lub bardziej gazowanych.
Przylecieli kosmici i zeżarli wszystkie pączki? - próbowałam delektować się szybko znikającym z półek zapachem słodyczy.

Nie, nic z tych rzeczy.

Widząc determinację na twarzach ludzi, niepewnie ruszyłam po bułki.
Delikatnie i nie zwracając niczyjej uwagi otworzyłam pokrywę pojemnika. Woreczek w mej dłoni zaszeleścił. Zwrócił uwagę tlenionej blondyny z wielkim cycem skalpela chirurga, która zareagowała szybciej, niż Wiedźmin po eliksirach.

Nie zauważyłam, kiedy dostałam cycem rozmiar “G” pod oko. Nie zauważyłam, kiedy pięć bułek zniknęło sprzed moich wyciągniętych dłoni. Nie zauważyłam, kiedy je wrzuciła do swojego, wypełnionego po brzegi karkówką koszyka.

Został rogalik. Nie lubię, ale trudno, coś jeść trzeba.

Z podbitym okiem skierowałam swe kroki do półki z gotowym i półgotowym żarciem.
Nie zamierzałam się wysilać - sos słodko-kwaśny z ryżem i kurczakiem na obiad w zupełności wystarczy. Na dwa dni.
Lecz tam już stacjonowała niewysoka staruszka, z pełnym makaronu koszykiem.

Zacisnęłam dłonie na swym rogaliku i ruszyłam naprzód. Sosów na szczęście było pod dostatkiem, zapewne niewielu jeszcze ludzi się przekonało, że są naprawdę smaczne, choć niedrogie.
Uradowana, że tym razem obeszło się bez walnięcia cycem, udałam się do kasy. Lecz staruszka zajechała mi drogę, zrobiłam półobrót w powietrzu, schyliłam głowę unikając jej łokcia, dźwięk moich kręgów szyjnych zasugerował, że na dziś gimnastyki wystarczy.

Z iście słoniowym wdziękiem wpadłam na matkę z ryczącym dwukrotnym 500+, komunikującą się wysokodźwiękowo z drugim producentem ryczących 500+. Tu badania genetyczne byłyby zbędne.
To mi przypomniało, że przydało by się coś na filtrowanie nereczek. Rzuciłam szybko okiem za siebie. Mojego nie ma! Chwyciłam w locie inny chmielny zamiennik, póki jeszcze był na wyciągnięcie mej spragnionej łapki.


I uderzyła we mnie ta myśl - jak bardzo jestem nieprzystosowana do życia w społeczeństwie.

Przecież sama powinnam z główki przywalić tej tlenionej blondynie i zabrać 5 ostatnich bułek. A kuj, że potrzebowałam tylko dwie.
Przecież tej staruszce też mogłam zajść drogę, wypinając uzyskane tu i ówdzie w ciągu ostatniego roku dodatkowe 11 kg.
A tamtej matce z podwójnym 500+ pomóc w wyborze i kupić te ostatnie 7 czteropaków w promocji.

Poobijana, obdarta z bułek, ze śliwą pod okiem w kształcie cyca, w końcu postanowiłam stanąć do kolejki.
Lecz jej tam nie było. Tzn. była, lecz końca nie było.
Obróciłam się, kolejka sięgała drugiego końca sklepu i zakręcała przy nabiale.
Trudno, pomyślałam, są cztery kasjerki, szybko pójdzie.

40 minut później na horyzoncie zamajaczyła pierwsza kasa.
Opierając się o słup obudowany blachą ryflowaną z ulgą przesunęłam się o całe 3 centymetry.

Co macie takie tłumy dzisiaj? - po kolejnych 40 minutach w końcu zagadałam do kasjerki.
Jutro dzień wolnego - rzuciła mi w twarz okiem, kasując piwo. Już mnie znała, więc nie spytała o dowód.

Gdzieś z tyłu głowy poczułam mrowienie, ktoś mi się przyglądał, czułam to.
Odwróciłam głowę, niby od niechcenia.
To jakieś sto par oczu wyliczało właśnie moje kolejne sekundy okupowania kasy. Zawahałam się. Sięgnęłam do lewej kieszeni i wyciągnęłam moją finansową broń, z końcem miesiąca przywdziewającą podtekst erotyczny. Przyłożyłam kartę do czytnika.

Nie odważyłam się przedłużać tej świętej dla wielu stojących za mną chwili opuszczania kasy.

Za progiem sklepu uderzyła we mnie tylko jedna myśl: no tak, dzień wolnego.
Wszystko zamknięte.


O w morelę!

To będzie prawdziwa apokalipsa.

© Agata | WS
x x x x x x x.