Cytat

Tu Ci zrobię dobrze. Słowem!
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Instagram

Like Us

Like us

Custom Featured

Featured Post

featured Slider

Navigation Menu

Custom Random

Newsletter

Random Post

Popular Posts

poniedziałek, 31 października 2016

Słówko wyjaśnienia

Brak komentarzy:

czyli co tu się moreluje?


Gdy w 2009 roku zakładałam pierwszego bloga (fotograficznego), nie miałam zielonego pojęcia jak go ugryźć. I od tego czasu nic się nie zmieniło.
Nadal nie wiem jak to wszystko powinno prawidłowo wyglądać, więcej eksperymentuję i działam na wyczucie niż według porad zawartych w licznych teraz blogach o blogowaniu.
Co najlepiej widać na moim drugim blogu - Mara Time, z którego to wyrósł ten, Morelowy.

blog | blogowanie | O w Morelę | Mara Time | nowe | ostrosłów | humor | z jajem |

Czym jest Morela?


Na razie eksperymentem.
Pomysł na nią zrodził się już w lipcu tego roku, ale dopiero teraz, po wielu przymiarkach, próbach i tańcach o północy na barze ogląda swymi morelowymi ślepiami świat.

Jest miejscem, gdzie będzie zdecydowanie więcej tekstów niż zdjęć.
Jeśli chcesz oglądać focie to leć na Insta. Ale tu uraczę Cię, Drogi Czytelniku, moimi odręcznymi gryzmołami. Obiecuję za to, że je pokochasz za prostotę, humor i jaja.

Nie, nie! Nikomu nie stanie się krzywda. Nie będę kastrować.
Może czasami coś piętrolnę albo wkurnię.
Może nawet trochę częściej niż czasami. Charakter zobowiązuje.

Po co to miejsce?


Bo ja lubię pisać, a Ty lubisz mnie czytać. Lub za chwilkę polubisz.
Jak już wspomniałam kilka linijek wyżej, Morela wykluła się gdzieś po drodze prowadzenia drugiego bloga.
Jest on, i mam nadzieję, że jeszcze długo sobie pobędzie, stroną o moim życiu z architekturą w tle. Czyli o pracy, projektowaniu, głupich szefach, inwentaryzacjach, starych kamienicach, głupich szefach, fotografii, kiedyś nawet o biżuterii. Bo kiedyś nie miałam pojęcia, że doba ma tylko 24 godziny.
Wspominałam już o głupich szefach?

Gdzieś pomiędzy to wszystko wplotły się i inne tematy - blogowanie, rozmówki osobiste, przemyślenia, dzielenie się i duża dawka humoru. Ba! Nawet udało mi zahaczyć o kulinaria!
I nic nie wybuchło :P
Stwierdziłam, że za dużo tego. Aby nie robić bałaganu lub nawet tego drugiego na be, zaczęłam ograniczać wpisy z innych kategorii, ale to sprawiło, że dusiłam się we własnym sosie, na wolnym ogniu i pod szczelnym przykryciem. Gulasz z Mary? Drogi Czytelniku, nie brzmi to za dobrze, prawda? Zapadła decyzja.
Nastał czas, by powołać do życia coś nowego.
Zabawiłam się w doktora Frankensteina.

Dlaczego O w Morelę?


Nazwa przyszła nagle, przy okazji konkursu na zamienniki soczystego rzutu mięsem.
Przyznaj, lepiej brzmi niż o, w mordę!  Lub jeszcze inaczej ;) A efekt niemal ten sam. I z jajem.

Oczywiście, co bardziej wprawne oczęta czytelniczek, które znają mnie już dłużej, dopatrzyły się pewnego wymownego podobieństwa mojej graficznej moreli do powyższego "jeszcze inaczej". Zuch dziewczynki! :)
Hasło okazało się na tyle pięknie brzmiące, że podsunęłam je Zenji do kreatywnego wyzwania rysunkowo-pisarskiego, a ona z dziką rozkoszą je do niego dołączyła. Czyli się przyjęło :)


I co dalej?


A dalej to standardowo - ja będę pisać, a Ty, Drogi Czytelniku, z uśmiechem na ustach będziesz mnie czytać.
Przynajmniej taką mam nadzieję, bo doszły mnie słuchy, że całkiem nieźle mi to wychodzi.

A o czym?
Co powiesz na porady? Takie na serio, ale i takie z jajem?
Co powiesz na obserwacje? Oczywiście suto okraszone humorem i ostrosłowem?
A może do kompletu farmazony, co by zbyt nudno się nie zrobiło?

Zero architektury, zero pracy, zero stresu!

Może czasami jakąś statuetkę Zgniłej Moreli wybrańcowi miesiąca przyznam ;)

To jak, zajrzysz do mnie jeszcze?
No to jesteśmy umówieni! :)


Niech Ci Morela śmieszną będzie!

sobota, 8 października 2016

Książki, które gryzą

Brak komentarzy:

czyli co zrobić z dobrą fabułą, ale kiepsko napisaną


Lubię czytać. Ba! Uwielbiam!
A jeśli tu jesteś, drogi Czytelniku, to znaczy, że Ty również.

książka | book | audiobook | fabuła | treść | źle napisana |

Wgłębiam się w te pierwsze słowa, niczym w najbardziej puszystego pączka. Smakuję powoli nadzienie - tajemnicze i aromatyczne. Wtulam w świat stworzony przez autora, umysł wraz z dłonią przenikają przez pierwsze warstwy akapitów.

Fabuła wciąga, chcę czym prędzej wiedzieć co będzie dalej, kosztować jej stopniowo, ale i głębiej.
Ale się nie da. Natrafiam na beton.
Łamię zęby mej ciekawości o mur postawiony przez twórcę.

Z coraz większym oporem czytam kolejne zdania, oczy bolą. Dusza boli, bo ciekawość mnie wręcz zżera.

Ale czy warto się tak męczyć?
Czy warto przedzierać się przez kolejne zagmatwane zdania tak nieumiejętnie wydziergane drutem kolczastym przez pisarza.
Wiem, nie każdy może być Kingiem, który w idealny sposób łączy swą nieograniczoną wyobraźnię z doskonałym warsztatem pisarskim.
Ale nie każdy też jest masochistą, by katować szare komórki zdaniami bez sensu!

Żeby daleko nie szukać, miałam tak ostatnio z jednym z głośniejszych hitów.
Nie wiem jak inni czytelnicy tę powieść przeżyli, chyba mieli znieczulenie jakieś.
Tytuł pozostawię dla siebie, aby nie robić antyreklamy.

Zainteresowałam się fabułą - ciekawy i niekonwencjonalny pomysł to jest to co lubię najbardziej.
Niedługo później książka w ręku, nareszcie czytam.
Pierwsza strona - trochę ciężko, ale jak wiadomo do każdego stylu trzeba się przyzwyczaić.
Druga strona - ciężej, chyba autorkę coś bolało. Całkowicie ją rozumiem, mnie też to coś zaczyna boleć.
Trzecia strona, czwarta. Przy ósmej skapitulowałam.

Tytuł wylądował na pokaźnej już stercie z napisem “literacki masochizm - ruszyć tylko gdy wszystkie inne książki wylądują na Marsie”.

Ale historia we mnie pozostała. Kręciła się w te i z powrotem, jak mała wygłodniała orka.
Dobra! powiedziałam. Masz mnie.
Tym jednak razem nie sięgnęłam kolejny raz po wersję papierową. Postanowiłam nie męczyć i tak skatowanych komputerem oczu, a umysłowi wyłapywać tylko to co najistotniejsze.
Tak, drogi Czytelniku, Ty już się domyślasz jak ją potraktowałam.

Bezlitośnie i z pełną premedytacją - audiobookiem.
(na szczęście takowy został wydany :)

Gdybym musiała tę powieść czytać zajęło by mi to z pół roku, może dłużej.
By nie oszaleć wskazane by były przerwy, długie przerwy.
Dzięki czytanej książce to było niewiele ponad 10 godzin.

Przyznaję, czasami przysypiałam.
Ale miałam rację - fabuła przeciekawa, z nielicznymi wyjątkami, na które mogę jednak przymknąć oczko, szczególnie w przypadku debiutu.
Zakończenie równie zaskakujące.

Jednak styl pisania? Zdecydowanie do doszlifowania. A może raczej przeszlifowania w bardziej lekki i przystępny.

Co najciekawsze, niedługo później trafiłam na film oparty na tej właśnie powieści.
To znak, że nie tylko mnie pomysł przypadł do gustu.
Powiem szczerze, to co ekipa filmowa zrobiła to istny majstersztyk. Nigdy bym nie pomyślała, że ekranizacja jakiejkolwiek książki może być lepsza od niej samej.

Szczególnie po Jackson’owskim Hobbicie.


Dobiła Was ostatnio jakaś książka? Pogryzła?
Warto się było przemęczyć?

Zakupy przed apokalipsą

Brak komentarzy:

czyli jak zrobić zapasy na miesiąc

zakupy | zapasy | sklep | pieczywo | mięso | walka o produkt | apokalipsa | dzień wolnego | jak zrobić zakupy | jak robić szybko zakupy | robienie zakupów przed dniem wolnym |


A za czym ta kolejka stoi? - pomyślałam przestępując próg jednego z pobliskich marketów spod żółto-czerwonego owadziego szyldu i wbijając wzrok w wygłodniały tłum przy kasach.

Rzucili promocję na trupy? - minęłam puste chłodziarki z mięsem.
Kończy się słodka woda na ziemi? - rzuciłam okiem na puste półki po napojach mniej lub bardziej gazowanych.
Przylecieli kosmici i zeżarli wszystkie pączki? - próbowałam delektować się szybko znikającym z półek zapachem słodyczy.

Nie, nic z tych rzeczy.

Widząc determinację na twarzach ludzi, niepewnie ruszyłam po bułki.
Delikatnie i nie zwracając niczyjej uwagi otworzyłam pokrywę pojemnika. Woreczek w mej dłoni zaszeleścił. Zwrócił uwagę tlenionej blondyny z wielkim cycem skalpela chirurga, która zareagowała szybciej, niż Wiedźmin po eliksirach.

Nie zauważyłam, kiedy dostałam cycem rozmiar “G” pod oko. Nie zauważyłam, kiedy pięć bułek zniknęło sprzed moich wyciągniętych dłoni. Nie zauważyłam, kiedy je wrzuciła do swojego, wypełnionego po brzegi karkówką koszyka.

Został rogalik. Nie lubię, ale trudno, coś jeść trzeba.

Z podbitym okiem skierowałam swe kroki do półki z gotowym i półgotowym żarciem.
Nie zamierzałam się wysilać - sos słodko-kwaśny z ryżem i kurczakiem na obiad w zupełności wystarczy. Na dwa dni.
Lecz tam już stacjonowała niewysoka staruszka, z pełnym makaronu koszykiem.

Zacisnęłam dłonie na swym rogaliku i ruszyłam naprzód. Sosów na szczęście było pod dostatkiem, zapewne niewielu jeszcze ludzi się przekonało, że są naprawdę smaczne, choć niedrogie.
Uradowana, że tym razem obeszło się bez walnięcia cycem, udałam się do kasy. Lecz staruszka zajechała mi drogę, zrobiłam półobrót w powietrzu, schyliłam głowę unikając jej łokcia, dźwięk moich kręgów szyjnych zasugerował, że na dziś gimnastyki wystarczy.

Z iście słoniowym wdziękiem wpadłam na matkę z ryczącym dwukrotnym 500+, komunikującą się wysokodźwiękowo z drugim producentem ryczących 500+. Tu badania genetyczne byłyby zbędne.
To mi przypomniało, że przydało by się coś na filtrowanie nereczek. Rzuciłam szybko okiem za siebie. Mojego nie ma! Chwyciłam w locie inny chmielny zamiennik, póki jeszcze był na wyciągnięcie mej spragnionej łapki.


I uderzyła we mnie ta myśl - jak bardzo jestem nieprzystosowana do życia w społeczeństwie.

Przecież sama powinnam z główki przywalić tej tlenionej blondynie i zabrać 5 ostatnich bułek. A kuj, że potrzebowałam tylko dwie.
Przecież tej staruszce też mogłam zajść drogę, wypinając uzyskane tu i ówdzie w ciągu ostatniego roku dodatkowe 11 kg.
A tamtej matce z podwójnym 500+ pomóc w wyborze i kupić te ostatnie 7 czteropaków w promocji.

Poobijana, obdarta z bułek, ze śliwą pod okiem w kształcie cyca, w końcu postanowiłam stanąć do kolejki.
Lecz jej tam nie było. Tzn. była, lecz końca nie było.
Obróciłam się, kolejka sięgała drugiego końca sklepu i zakręcała przy nabiale.
Trudno, pomyślałam, są cztery kasjerki, szybko pójdzie.

40 minut później na horyzoncie zamajaczyła pierwsza kasa.
Opierając się o słup obudowany blachą ryflowaną z ulgą przesunęłam się o całe 3 centymetry.

Co macie takie tłumy dzisiaj? - po kolejnych 40 minutach w końcu zagadałam do kasjerki.
Jutro dzień wolnego - rzuciła mi w twarz okiem, kasując piwo. Już mnie znała, więc nie spytała o dowód.

Gdzieś z tyłu głowy poczułam mrowienie, ktoś mi się przyglądał, czułam to.
Odwróciłam głowę, niby od niechcenia.
To jakieś sto par oczu wyliczało właśnie moje kolejne sekundy okupowania kasy. Zawahałam się. Sięgnęłam do lewej kieszeni i wyciągnęłam moją finansową broń, z końcem miesiąca przywdziewającą podtekst erotyczny. Przyłożyłam kartę do czytnika.

Nie odważyłam się przedłużać tej świętej dla wielu stojących za mną chwili opuszczania kasy.

Za progiem sklepu uderzyła we mnie tylko jedna myśl: no tak, dzień wolnego.
Wszystko zamknięte.


O w morelę!

To będzie prawdziwa apokalipsa.

© Agata | WS
x x x x x x x.