Cytat

Tu Ci zrobię dobrze. Słowem!
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Instagram

Like Us

Like us

Custom Featured

Featured Post

featured Slider

Navigation Menu

Custom Random

Newsletter

Random Post

Popular Posts

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 marca 2017

Niemoc blogera

Brak komentarzy:

czyli gdy wena zdradza Cię z kimś innym.


Poranek.


Wstaję, odsłaniam roletę i uchylam okno. Do moich uszu dociera hipnotyzujący stukot kropel deszczu. Ten odgłos wycisza, medytuję go jakiś czas, wpatrując się w brudno kremową elewację.
Po chwili zasiadam do komputera, wciskam power i czekam kilka dobrych minut. Tak dawno go nie formatowałam. Kiedyś już się nie uruchomi.
Najeżdżam kursorem na ikonkę skrótu, przechodzę do googlowskich dokumentów. Czuję mrowienie w palcach. To słowa! Chcą się wydobyć, puścić rytmicznym potokiem. Są jak nieokiełznana energia. Pulsują gorącem i twórczością!
Pochylam się nad klawiaturą i… zastygam w bezruchu.

Gdzie ona jest? Przecież jeszcze wczoraj wieczorem, nim zasnęłam, była ze mną!
Gdzie jest wena, która tak dobrze układała mi słowa, splatała w wybitne zdania, rozciągała morze myśli.



Uciekła.


No to chujnia - zaśpiewały szare komórki, a przynajmniej te, które się w pełni już rozbudziły.
No to chujnia - potwierdziłam zerkając na ciepłą jeszcze kołdrę.
Kawa! To z pewnością przez brak kawy.
Udaję się w moich pluszowych papciach do kuchni. Załączam ekspres i niecierpliwie czekam aż wyciśnie do dzbanka ostatnie krople ciemnej strony mocy. Wracam przed ekran z pełnym kubkiem, chwilę napawam się aromatem i wlewam jeszcze gorący napój w gardło. Delektuję się każdym zmielonym ziarenkiem, próbuję wyobrazić sobie soczyście zielone tereny, z których może pochodzić ono i jego bracia.
To na nic! Ona nie wróci. Chujnia z pisaniem.


Weno, gdzie jesteś?


Krzyczę, wołam, ale nie piszę.
Ona nie przyjdzie. Nie chwyci za gardło, nie wciśnie w dłonie pliku kartek. Nie powie: masz, pisz! Teraz! To Twoja szansa!
Nie istnieje.
Tak, ta dziwka-wena, którą wielokrotnie posądzałam o zdradę z kimś innym.
Oto, że dogadzała obcym, choć to ze mną zajadała się kolacją.
Jej brak to tylko świetne usprawiedliwienie dla naszego lenistwa.

Jak zatem radzić sobie z pisarską niemocą i napisać coś mądrego?


Czytaj!


Czytaj dużo i wszędzie. W domu, w drodze do pracy, w kolejce do kasy. Nawet w toalecie! (tym bardziej!)
Czytaj dobre i złe teksty.
Dobre, by móc zapamiętać, co Cię w nich zafascynowało, jakich chwytów pisarskich możesz użyć.
Złe, by wiedzieć czego nie robić, co będzie męczyć czytelników i ich odrzucać.

Pisz!


Mimo wszystko.
Jeśli tylko możesz to co dzień. Choćby po kilka zdań. Pisz, by nie zapomnieć jak wygląda klawiatura. Pisz choćby w notatniku na telefonie. Pisz! Bo jak chcesz napisać dobry artykuł na bloga nie pisząc?

Obserwuj i myśl słowami!


Wszystko co robisz, widzisz, czujesz ubieraj w słowa.
Przechodzisz przez ulicę? Zastanów się, jak ta sytuacja byłaby opisana w Twojej ulubionej książce. Siedzisz w pracy? Które z Twoich emocji przykuły by uwagę czytelnika?
Siedzisz samotnie z kotem i butelką wina? Nalej mi też :P

Daj sobie czasem odpocząć!


Gdy masz mózg wyprasowany pracą (jak ja teraz), gdy Twoja jedyna komunikacja z otoczeniem jest na poziomie RRR! w języku zombie, nie oszukujmy się - chuja napiszesz.
Tzn. może i coś napiszesz, ale z pewnością Pulitzera za to nie dostaniesz. A Twoi czytelnicy mogą najwyżej dostać Nagrodę Jobla. Czy jesteś gotów ponieść wszelkie koszta leczenia psychiatrycznego tych nieszczęśników?
Moja rada: padnij. Byle prosto na pysk. I dopiero jak powstaniesz to coś napisz. Choćby o padzie prostym na pysk.

I pomiziaj kotka!


Zaczytaj się w innych. Inspiruj, ale nie kopiuj (bo za to ktoś może Cię skop...ać).
Chcesz wiedzieć kogo? Tak się składa, że przed wiekami powstało tajne stowarzyszenie, Zakon KOT’a zrzeszający blogerów tylko o najwyższym poziomie komizmu, odwagi i twórczości.
Tak się składa, że odprawili oni ostatnio wspólnie bardzo trudny i pracochłonny rytuał.
Dzięki niemu już żadna niemoc blogera nie będzie Ci straszna.

Oto i oni, oto Ci, którzy uratują Ciebie i Twój blog przed epicką chujnią w Twojej głowie:

sobota, 25 lutego 2017

A miało być pięknie, czyli dla kogo jest serial Belle Epoque?

Brak komentarzy:
Przewijam bezmyślnie kolejne śliczne graficzki, kotki i obcojęzyczne cytaty na fejs-zbuku. Odmóżdżam się po ostatnim, dość intensywnym projekcie. Nie bardzo chce mi się zastanawiać nad tym, co właśnie widzę, ale jednak pewne ośrodki w mózgu wciąż prawidłowo reagują. Coś ciekawego zarejestrowały. Wracam scrollem do góry.
Belle Epoque | recenzja | seria | Piękna Epoka | seria kryminalno-kostiumowy | Małaszyński | Lubaszenko | TVN |

Zdjęcia klimatyczne, stroje z przełomu XIX i XX wieku, wydają się dopracowane, w tle zabytkowa architektura, jak lubię, trochę kości. I czaszek.
Zygmunt to ty?

Aktorów w pierwszym momencie nie rejestruję, ale mam tak zawsze - najpierw tło, smaczki, drobiazgi.
Włączam trailer jeszcze raz. W słuchawkach pojawia się Psycho Killer z lat ‘70-tych, trochę gryzie mi się z obrazem, ale to przełykam i zapijam zimną kawą.
Siedzę jeszcze chwilę po zakończeniu tej parominutowej zapowiedzi, przekrzywiam głowę.
Ale co to, kurde, jest?

Zaczynam szukać, wpisuję dwa wyrazy zawarte w tytule.

Belle Epoque…

Aaa, nowy serial tefałen :P

Podczytuję kilka ciekawostek, ile to ubrań, ile milionów wsiąkło w produkcję. Ok, daję szansę. Stwierdzam, że tym razem może być ciekawie.
Przez kilka kolejnych tygodni w TV i na sieci zamęczają tymi samymi obrazami. Potęgują głód na coś dobrego polskiego.
Trochę tajemnicy, garść morderstw, szczypta namiętności. Wszystko ładnie ubrane w epokę. Piękną epokę.
Jestem sceptyczna, już tyle razy miałam nadzieję, tyle razy zapowiadało się dobrze, a wychodziła tylko pięknie opakowana kupa.
Ale gdzieś z tyłu głowy pojawia się wątpliwość. A co, jeśli im się w końcu udało?

Czekam do środy, dokładnie w połowie lutego ma być telewizyjna premiera pierwszego odcinka.
Zasiadam, w jednej ręce trzymając biszkoptowe z truskawką, w drugiej kielich wina. Tak na wszelki wypadek.
Oglądam. W czołówce ponownie Psycho Killer. Już się do niego przyzwyczaiłam.
I czekam dalej.
Na jakąś akcję, zwrot wydarzeń, ciekawostkę. Jakiś szczegół, drobinkę, która przykuje moją uwagę. Chociaż jeden smaczek. Przecież nie mówię od razu o urywaniu dupy!

Próbuję skupić się na dialogach, podgłaśniam telewizor, myśląc że to znów sąsiedzi z parteru zakłócają mi odbiór. Nie, jednak się mylę.
Na ekranie przewija się jakaś odcięta głowa, laboratorium, nawet ciekawe. Tylko co, do cholery, robi ten sztywniak w roli głównej? A, już rozumiem. Pełno trupów wokół to i jemu się udzieliło.
Odcinek się kończy. Próbuję zebrać myśli i wyciągnąć jakieś pozytywny.
Znajduję jeden - Lubaszenko.
Z całego odcinka pamiętam niestety tylko jedną scenę - gdy sędzia proponuje pracę Janowi (to ten sztywny jeszcze za życia).

I nic więcej.

Dla kogo zatem jest serial Belle Epoque?


Po pierwsze:


dla ludzi BARDZO lubiących seriale a’la Holmes.

Ale ostrzegam, musicie je naprawdę bardzo lubić! I nie porównywać do tych oglądanych wcześniej.


Po drugie:


dla wszystkich lubiących oglądać piękne stroje z epoki.

Tu nie mam zastrzeżeń. Są faktycznie piękne. I aż zbyt czyste.


Po trzecie:


dla piszczących i rzucających majtkami fanek Małaszyńskiego.

Mnie ten aktor nigdy nie przekonywał, zarówno jeśli chodzi o grę, jak i o wygląd. Miałam też przed pierwszym odcinkiem kilka głosów, że pan Paweł spieprzy tę rolę, ale pomyślałam a może tym razem zagra jak należy? Ma mistrza obok, samego Lubaszenkę, może czegoś się nauczy, podejrzy kilka chwytów? Myliłam się.


Po czwarte:


dla desperatów, którzy nie mają internetu, dostępu do komputera i innych kanałów w TV.

Jeśli naprawdę nie macie już co oglądać, to przełączcie w środę wieczorem na tefałen, włączcie fonię na full i otwórzcie wino. A najlepiej dwa, na zapas.


Po piąte:


dla samobójców.

Jeśli myślisz, że Twoje życie jest do dupy, to pomyśl, że inni mają gorzej. Np. statyści w tym serialu, którzy muszą nosić bieliznę z okresu, a i tak nic z tego nie wychodzi.
Bo tego serialu gorset czy pantalony nie uratują.


Kolejny odcinek, a dokładniej drugi, pojawił się w minioną środę.
Niestety nie mogę nic na jego temat napisać. Zapomniałam, przegapiłam. I nie żałuję.

Moje podsumowanie:
Run run run run run run run away!

niedziela, 12 lutego 2017

Tylko jeden mężczyzna może zadowolić kilkanaście kobiet dziennie

Brak komentarzy:

czyli dostarczyciel przyjemności czy złości?


Moje ciało było rozpalone do granic wytrzymałości.

Ubiór nieprzyjemnie ocierał się o spoconą skórę. Wyostrzone zmysły odbierały każdy, nawet najdrobniejszy ruch na klatce schodowej.

Dziś się przygotowałam.
Na chwilę zamknęłam powieki. W myślach palcami rozszarpywałam wszelkie bariery dzielące mnie od upragnionej przyjemności. Wiedziałam, że tego dnia tylko jeden mężczyzna może mi ją dostarczyć.
Czekałam. Czekałam na jakiś znak, sygnał. Ale na co właściwie?
A już wiem, na dzwonek do drzwi czekałam.
Już tylko minuty dzieliły mnie od...

Ale zaraz, zaraz, Drogi Czytelniku.

Chyba Cię nieco wyobraźnia poniosła ;)

Zatem zacznijmy kulturalnie i od początku. Zgodzisz się?


Legenda głosi, że tylko jeden mężczyzna może zadowolić kilkanaście kobiet dziennie.
Niekoniecznie jednocześnie rzecz jasna. I tymi samymi rzeczami.
A jest nim kurier dostarczający upragnione i długo wyczekiwane zakupy.

Ale mnie kurierzy nie lubią. Zwykle nachodzą moje królestwo akurat w momencie, gdy jestem przebrana za najbardziej seksowne zwierzę ponocne - w gaciach a’la Bridget Jones, pluszowych papciach z pazurami oraz grzebieniem wsuniętym między trzeci a czwarty poranny kosmyk włosów.

Ale raz na tysiąc lat zdarza się święto.
Gdy nad Jowiszem świeci zielony żelkowy księżyc, gdy wszystkie moje cztery koty trafiają bronią biologiczną do kuwety, a sąsiadce wychodzi smaczna galaretka z nóżek. W ten jeden dzień ja jestem przygotowana na jego przyjęcie. Od stóp do głów.
Ubrana w seksowny kostium, podkreślający wszelkie idealne kobiece krzywe i krągłości. Czyli w mój ulubiony szafirowy dres.

I to był właśnie ten jeden dzień.
Czekałam, z niemal czterdziestoma stopniami gorączki i fabryką glutów w nosie.
Czekałam, aż usłyszę ten najpiękniejszy dla każdej kobiety dźwięk.
I usłyszałam. Ale sygnał maila.

Twoja przesyłka czeka w punkcie odbioru. Masz 3 dni na jej odebranie.


A teraz, Drogi Czytelniku, nie próbuj sobie nawet wyobrazić jak się czuje zagrypiona kobieta, z gorączką, która przysmaża jej cycki, uziemiona na kilka dni w domu, otrzymująca takiego właśnie maila.
Nie próbuj sobie wyobrazić jakie myśli przychodzą jej do głowy, jakie krwawe obrazy.
Powiem krótko - InPost. I wszystko stanie się jasne.

Kurierze Ty mój ukochany, tak długo wyczekiwany. Nigdy Cię nawet na moje piękne oczy nie widziałam.

Ale ja Cię poznam. I zapamiętam.

A następnym razem, zamiast paczuszki z ubraniami, zamówię sobie szafę trzydrzwiową.
Z dostawą pod drzwi!

środa, 4 stycznia 2017

3 znane osoby, które zrobiły mi dobrze w 2016 roku

Brak komentarzy:

Czyli kruki, szpaki i słowiańskie demony.


W poprzednim wpisie przesadziłam niczym niedoświadczony ogrodnik w angielskim ogrodzie Królowej Elżbiety. Rok 2016 wcale nie był dla mnie taki zły.
Przyznaję, skopał mnie, ale czołgiem nie przejechał ;)

Za to pozytywnie zaskoczył kilkoma osobami.
kruki| szpaki| demony| siri pettersen| michał szpak| tomek bagiński| allegro| krucze pierścienie| eurowizja| 2016| ravneringene| misioludek| o w morelę| ostrosłowem pisane|



Co łączy kruki, ninja i Norwegię?

Siri Pettersen

To norweska pisarka, która w bardzo krótkim czasie podbiła serca zarówno krytyków, jak i samych czytelników serią fantasy Krucze Pierścienie.
Na temat cyklu nie będę się tu rozpisywać. Przyjdzie wkrótce na to czas, przyjdzie czas, przyjdzie czas...
Ale co do samej autorki to szczerze powiem, że bardzo mnie zaciekawiła. Tym bardziej, że jak na debiut pierwszy tom, czyli Dziecko Odyna, jest napisany zaskakująco dobrze. Szybko i przyjemnie się go pochłania.

Pisarka pochodzi z Norwegii, stąd nawiązania do tamtejszej mitologii. Umiejętnie też wplotła do powieści swoje zamiłowanie do Japonii, tworząc wojowników do złudzenia przypominających ninja oraz nadając dość istotną rolę… herbacie. Czyż nie brzmi ciekawie?

Pierwszy tom trylogii powstawał ponad 10 lat, ponoć przepisywany był cztery czy pięć razy nim trafił do wydawnictwa. W końcu Siri zdecydowała się na urlop, by dokończyć powieść. I chwała jej za to!
Teraz czekam na ostatni tom i bacznie obserwuję rozwój jej pisarskiej kariery. Co prawda drugiego Sapkowskiego z tego nie będzie, ale przynajmniej jest co dobrego do poczytania.

Dlaczego, spośród tak wielu pisarzy, wybrałam akurat Siri Pettersen? Bo już dawno nie połknęłam żadnej książki liczącej ponad 600 stron w mniej niż dwa dni (przy standardowych obowiązkach).

Chcecie się dowiedzieć więcej?
Polecam wywiad z Siri Pettersen na Lubimy Czytać.


Czy to kos? Czy to wróbel? Nie, to Szpak.

Michał Szpak

O Michale pierwszy raz głośno się zrobiło, gdy zdecydował się wziąć udział w jednym z talentowych programów telewizyjnych. I ucichło na kilka lat.
Szpak ponownie nadleciał przy okazji zeszłorocznej Eurowizji i od razu wywołał dwie wielkie fale. Jedną z nich był zachwyt i uznanie, połączone z wieloma nagrodami płynącymi z różnych stron. Druga to fala nienawiści.
Cóż, już taki nasz bardzo tolerancyjny i dobrze życzący drugiemu polski naród jest.
Szkoda, bo chłopak ma to coś. Niestety, jak nam wszystkim, przyszło mu żyć w niełatwych czasach. Michał idealnie wpasowałby się w lata ‘80-te, zarówno wyglądem jak i talentem wokalnym. On po prostu nie pasuje do obecnych gwiazdeczek.
Ma swoje 5 minut i mam nadzieję, że wykorzysta je najlepiej jak tylko potrafi.
Trzymam za niego mocno kciuki, by nie został gwiazdką jednego sezonu, bo nie zasługuje na to.
Jest najbardziej pozytywną i roześmianą osobą na naszej scenie muzycznej.


Ucho żółwia, wiedźmie czary,
tu przybędzie demon mały!

Tomek Bagiński

Czyż nie piękne mamy legendy? Nasze bogate korzenie, tak cudnie przeplatające się z codziennością. Szkoda, że wciąż są dla wielu tak mało widoczne.
Już nie! Dzięki współpracy Tomka Bagińskiego i Allegro od kilku miesięcy możemy podziwiać krótkometrażowe filmiki luźno oparte na naszych rodzimych legendach.
Boruta. Smok. Bazyliszek. Jaga. A może Twardowski? Choć osobiście stawiam na Peruna. W ciemno!
Oto wszyscy oni są w nowej, prawie współczesnej odsłonie. Oczywiście ze sporą dawką dobrego humoru, efektami specjalnymi i licznymi nawiązaniami do innych klasycznych już dzieł, jak choćby do Ghost in the Shell’a czy Wesołego Diabła. I ten słowiański wkurw ;)
Aż trudno mi uwierzyć, że od Katedry Bagińskiego minęło już 15 lat.
Tomek, chwała ci za to, odwalasz kawał dobrej roboty.
No, a teraz bierz się, chłopie, za ekranizację Wiedźmina, bo już mi ślinka cieknie ;)

Macie swoje typy z 2016 roku? Ktoś zrobił na Was szczególne wrażenie? Może stworzymy mały ranking? Do dzieła, kochani!

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Cel - PAL! Czyli jak dobrze, że zeszły rok mnie skopał

Brak komentarzy:

I ruszyły!
Postanowienia, postanowienia braku postanowień, podsumowania i obietnice. A to wszystko za sprawą tylko jednego dnia - Nowego Roku.

Przyznam, że nigdy nie byłam podatna na porywy fal modowych. Jedyne fale jakie mogły mnie ogarnąć to przypływy i odpływy zleceń i zobowiązań. Aż do utopienia.
Zapewne jeszcze o tym przeczytacie. O ile wcześniej kogoś w tym sama nie utopię.
Nie, postanowienia, ich brak, podsumowania minionego roku - to zostawiam zaprawionym w bojach. Raz takowe uczyniłam, dokładnie rok temu na Marze. Podsumowanie mojego pierwszego roku blogowego. I wystarczy.

Nie dla mnie utarte ścieżki i drogi szybkiego ruchu. Ja wybieram inną, jeszcze nie odkrytą. Chyba Cię to, Drogi Czytelniku, nie zdziwi ;)

Ale jeśli nie podsumowanie to co?

Natura nie lubi próżni, a zawsze jakiś zamiennik się znajdzie. I ja taki mam.
Ostatni rok zabrał mi trochę czasu, choć ani więcej, ani mniej niż i Tobie. Ale nieco oświetlił mi znane i nieznane jeszcze tematy.

Pewne sprawy, które do niedawna uważałam za najistotniejsze, nieco się zatarły. A inne wyłoniły swe zarysy, niczym śpiący gdzieś głęboko w otchłani potwór. Potwór, który przerażający jest tylko do czasu, bo wystarczy odrobinkę głębiej się zanurzyć, uśmiechnąć się na widok jego słodkiego puchatego pyszczka i spojrzeć mu przyjaźnie w oczy.
Od razu lepiej, prawda?

Skrystalizowanie celów

Prawdę powiedziawszy, choć ostatni rok do łatwych nie należał, jestem mu wdzięczna za te kopniaki i kłody zaserwowane mi pod nóżki. Nawet za te cegły dziurawki co mi spadały na łeb w drewnianym kościele.
Pewnie dalej bym na oślep brnęła w kierunku, z którego ucieczka byłaby dość trudna. Pewnie bym później żałowała i się zastanawiała co poszło nie tak. Czyż nie tego właśnie pragnęłam?
Niektóre cele się skrystalizowały, inne postanowiłam otoczyć bezpiecznym murem, póki są mi potrzebne.

Ostatni rok sam w sobie był podsumowaniem i jasnym określeniem co jest dobre, a z czym mogę się bez żalu pożegnać praktycznie już w tym momencie.
I tak też zapewne zrobię w ciągu kilku zbliżających się miesięcy.

Dziś piszę ten tekst dopijając Sylwestrowego szampana. Tak, wiem, że jest już 2 stycznia i że bąbelki już nie te. Ale najważniejsze, że wciąż smakuje, prawda?

Widzę swe cele jaśniej i wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej. Są tuż przede mną, niemal na wyciągnięcie ręki. Ale nie określam ich mianem postanowień noworocznych, one są na kilka najbliższych lat.

Dziś mam do Ciebie, Drogi Czytelniku, tylko jedną prośbę - trzymaj kciuki. Byle mocno!
Bo będzie się działo :)

I wypatruj mnie na internetowym horyzoncie, aby niczego nie przegapić.

niedziela, 20 listopada 2016

Liebster Blog Award, czyli jak nagiąć zasady?

Brak komentarzy:
Patrzcie no ją! Ledwo się wyturlała na świat a już jest rozpoznawalna. Jak zupka chińska firmy Vifon w Biedronce. Toż to czyste bluźnierstwo! Karygodne i nawiedzone! Wzywajcie egzorcystę, pogromców duchów i cukiernika!
Z naciskiem na cukiernika, poproszę ;)

Blog ostrosłowem pisany. I z jajem. Tu Ci zrobię dobrze. Słowem!

Jeszcze miesiąc nie minął od startu Moreli, ba! nawet tydzień, a tu już przemiła niespodzianka mnie spotkała. Oto Morela została nominowana do Liebster Blog Award.

Co to takiego ten cały Liebster Blog Award?


To taka blogerska zabawa, coś jak Złote Myśli, które były modne całe lata temu. Bosze, to ja już taka stara jestem?

Blogerzy nominują blogerów, by Ci odpowiadali na pytania. W ten sposób mamy okazję się bliżej poznać i pośmiać :)
Morela swoją nominację zawdzięcza Pierwszej Damie (kłaniam się nisko!) i właśnie ma zamiar puścić blogerski łańcuszek dalej w świat.


Trzymając się bardzo rygorystycznych punktów całej zabawy, pod karą rozstrzelania ogórkami kiszonymi w markecie, należy:


1) Podziękować za nominację - buziolek, Ela! Stawiam ciacho na BloSilesia :*

I zadecydować czy będzie się w niej brać udział.

No, nie wiem. To takie już oklepane, wszyscy to przeszli, niektórzy nawet kilka razy. Mara też już ma to za sobą.

OK, już zdecydowałam! To jedziemy z LBA! :D


2) Opisać czytelnikom zasady.

Właśnie to robię ;)


3) Opisać swój ulubiony blog.

Ten punkt jestem zmuszona trochę nagiąć, bo… zwyczajnie jest ich zbyt dużo.
Chciałam opisać jeden, ale po chwili stwierdziłam, że inny jest równie dobry, a tak poza tym to i ten trzeci niczego sobie… Doszłam do trzydziestego.
Nie, kochani, tu naginam przestrzeń, bo nad czasem niestety jeszcze nie zapanowałam :)


4) Wyciągnąć na światło dzienne 10 ciekawostek o sobie.

To za momencik, jeszcze chwilkę potrzymam Was w niepewności ;)


5) Nominować od 5 do 11 kolejnych przeszczęśliwych wybrańców.

Na to też mam już swój autorski sposób, o którym się przekonacie na samym końcu ;)


6) Dać znać przeszczęśliwym wybrańcom, że są kolejni na liście LBA.

Dam, obiecuję, że wszystkim Wam dam.
Znać oczywiście ;)


Skoro ogólne zasady, które z dziką rozkoszą będę częściowo naginać, wszyscy już znamy, pozwólcie że przelecimy się do rozwinięcia pkt. 4.

Ciekawostki o Moreli:


Z początku zastanawiałam się czy opisać tylko moje, czy tylko Morelowe. Ostatecznie będzie to mieszanka. Oby nie wybuchowa.

1) Widzisz na górze i na dole strony taką uroczą morelkę w logo? Wyznam, że nie powstała ona w żadnym znanym Wam programie graficznym. To nie jest twór z Corela czy Photoshopa. Czy nawet Painta :P
Ten drobiazg narysowałam w… AutoCadzie, programie do projektowania, którego używam na co dzień w mojej pracy. Tak po prostu było mi dużo prościej :)

2) Pozostańmy przez chwilę w temacie Moreli.
Kilka osób dopatrzyło się w niej pewnego podobieństwa do pewnej części ciała. Ty pewnie również. Jest to jak najbardziej podobieństwo zamierzone :)

3) Jestem kociarą pełną gębą.
Zaczęło się od jednego, później sąsiadka przyniosła drugiego. Trzecie futro przygarnęłam tuż przed zimą dwa lata temu. Ów futro okazało się ciężarne i urodziło mi ósemkę kociąt. Dobrze liczysz, przez 3 miesiące miałam u siebie (a nocami i na sobie) 11 kotów.
Ale co w tym wszystkim jest najpiękniejsze? Że cała młoda ósemka przeżyła i znalazła swoich ludzi. I że ja zostałam ostatecznie tylko z czterema ;) Ufff…

4) Nie lubię różowego. Ale to już wiesz.

5) Jestem starą maniaczką wszystkiego co Japońskie. Gdy miałam jakieś 6, może 7 lat, obejrzałam pierwszy w swoim życiu film Japoński, a był nim… “Siedmiu samurajów” Kurosawy. A później, dzięki mandze i anime, poszło już z górki. I tak mi zostało do dziś.
Czy jest na sali ktoś kto pamięta jeszcze “Kawaii”?

6) Jeśli chcesz mi zrobić przyjemność, zaproś mnie na kawę.
Jeśli chcesz mi wbić nóż w plecy, serce i jelita - zamów kawę z mlekiem.

7) Choć wygląd temu przeczy, w tym roku ukończyłam 31 lat. Chodzą nawet słuchy, że kąpię się w formalinie lub zażywam pewnych magicznych specyfików. Jak jest naprawdę? A to już moja słodka tajemnica ;) Ale najgorsze, że wciąż muszę pokazywać dowód chcąc kupić piwo.

8) Nie farbowałam włosów. Nigdy. To co mam na głowie jest wynikiem czystej naturalnej wybuchowej mieszanki genów moich przodków.
Choć przyznaję, że czasami mam wielką ochotę przefarbować się na jakiś bardzo ciemny kolorek. Tylko co się wtedy stanie z moim ognistym charakterem?

9) Kocham pluszowe kapcie. W pracy mam króliczki, w domu słodkie pazurki. A ostatnio, aby pazurki mi się za szybko nie znudziły, kupiłam białe króliczki w markecie. Tak, są słodkie. Tak, pochwalę się na Instagramie. Nie, nie możesz pomiziać!

10) A tu jest miejsce na pytania - niespodzianki :)
Zadawajcie je w komentarzach poniżej, a ja na (prawie) wszystkie odpowiem.
Uwaga!
Nie odpowiadam na pytania dotyczące rozmiaru bielizny, gdzie jest złoty pociąg oraz jak zaciukałam swojego pierwszego męża :P

Szczęśliwi nominowani


Moment, którego nie lubię najbardziej. Zawsze jak kogoś wybieram, mam wrażenie, że komuś innemu wyrządzam krzywdę, bo nie zmieścił się na mojej liście. Ale tym razem chcę to sprytnie ominąć :)

Tym razem każdy z Was ma możliwość wzięcia udziału w Liebster Blog Award.
Jak?
Komentując ten wpis.

Kochani, wykonałam pewien super tajny klucz. Niby nic wielkiego, bo na zwykłej, wymiętolonej przez koty kartce zapisałam 11 liczb. Te liczby odpowiadają kolejnym komentarzom, które będziecie pisać.

Dokładnie za tydzień, 27 listopada, wybiorę zgodnie z tym kluczem autorów komentarzy i uroczyście zaproszę ich do zabawy. Co Wy na to? Podoba się pomysł?

To na co jeszcze czekacie? Komentujcie!

I do przeczytania u Was!

poniedziałek, 7 listopada 2016

Podsumowanie października - Kto otrzyma Zgniłą Morelę?

Brak komentarzy:
Minął nas, pędzący niczym Struś Pędziwiatr po popiciu pstrąga trzymiesięcznym kefirkiem, październik.
Zwykle w tym czasie wyrastają i kwitną na blogach liczne lśniące podsumowania, jaki to ostatni miesiąc był świetny, ekscytujący i wręcz najlepszy z najlepszych.
Serio taki był? To zaczynam się zastanawiać czy żyjemy w tej samej strefie czasowej :P

Pomysł na taką serię zrodził się już dawno, ale jakoś nie wypadało mi go wrzucić na poprawną Marę.
No, dobrze. Poprawną coraz rzadziej. Pamiętacie konkurs na ładne przeklinanie? ;)

Na szczęście jest już Morela i mogę zaszaleć zgodnie z ostrosłownymi standardami, które właśnie się kształtują.
Tak, będę bezkarnie narzekać.
Wy też możecie. Powiem więcej, tu jest to nawet wskazane! :)

Oto co miesiąc będę przyznawać nagrodę im. Zgniłej Moreli temu, co mnie najbardziej w ostatnim miesiącu wmoreliło.
A zdecydowanie miało co!
Z roku na rok jestem coraz starsza to i nerwy nie te same. Mam zatem w czym wybierać.

Były znacznie liczniejsze niż zwykle nadgodziny. I brak kilku ostatnich wolnych weekendów w grafiku. Efekt? Pad prosty na pysk.
Był brak ogrzewania w firmie przez 3 tygodnie. Dziękuję, przeczyszczanie kanalików nosowych gratis.
Był i autobus odjeżdżający dwie minuty wcześniej. Codziennie. Ale tu się akurat nie popisał mój zegarek :P

A jakbym miała jeszcze dopisywać sprawy polityczne to zapewne wyliczanie trwałoby do końca tego roku. Neptunowego. Dlatego też pozwólcie, Drodzy Czytelnicy, że kuchnią ogólnodrobiową zajmować się nie będę. Jakże piękny byłby świat bez niej, nieprawdaż?
Cóż, a póki co mamy kaczkę faszerowaną burakami na śniadanie, obiad i kolację.

A zatem (otwieram uroczyście kopertę)...
Zgniła Morela za dokonania, czyli liczne wmorelenia mnie (wyciągam karteczkę)...
I zapewne wielu z Was również (spoglądam na cudowną widownię)…
Wędruje do (przybliżam się do stojącego na scenie mikrofonu)…
(dramaturgia rośnie, w tle słychać czyjeś nerwowe burczenie w brzuchu… Strusiu, czy to Ty?!)

Piździernikowej pogody!!!

 

Tak, kochani, dawno nie miałam takiego wmorelenia.
Wychodzę do pracy - ciemno, zimno, leje.
Siedzę w pracy - ciemno, zimno.
Wracam z pracy - ciemno, zimno, leje, wieje.
Mierzę elewację - ciemno, zimno, leje, wieje, kapie mi z nosa!

Ja wszystko rozumiem, wiem, że nazwa miesiąca zobowiązuje, ale bez przesadyzmu!

Przez kilka ostatnich lat to właśnie w październiku i listopadzie brałam urlop, i z aparatem w ręku hasałam po swoim lub obcym mieście. Zwykle obcym.
A w tym roku? Ledwo było możliwe bezpieczne i bezkropne doturlanie się do autobusu!

Nie, kochany piździerniku! Tobie już dziękujemy.

Jedyne dobro, które mi przyniosłeś to dodatkowa godzina snu, dokładnie ta, którą wydarto mi spod poduszki wiosną. Zatem wiesz, było miło, w zeszłym roku wręcz upojnie. A ten - nie przemilczę!

Masz tu, piździernikowa pogodo, Zgniłą Morelę!

I idź w π...

poniedziałek, 31 października 2016

Słówko wyjaśnienia

Brak komentarzy:

czyli co tu się moreluje?


Gdy w 2009 roku zakładałam pierwszego bloga (fotograficznego), nie miałam zielonego pojęcia jak go ugryźć. I od tego czasu nic się nie zmieniło.
Nadal nie wiem jak to wszystko powinno prawidłowo wyglądać, więcej eksperymentuję i działam na wyczucie niż według porad zawartych w licznych teraz blogach o blogowaniu.
Co najlepiej widać na moim drugim blogu - Mara Time, z którego to wyrósł ten, Morelowy.

blog | blogowanie | O w Morelę | Mara Time | nowe | ostrosłów | humor | z jajem |

Czym jest Morela?


Na razie eksperymentem.
Pomysł na nią zrodził się już w lipcu tego roku, ale dopiero teraz, po wielu przymiarkach, próbach i tańcach o północy na barze ogląda swymi morelowymi ślepiami świat.

Jest miejscem, gdzie będzie zdecydowanie więcej tekstów niż zdjęć.
Jeśli chcesz oglądać focie to leć na Insta. Ale tu uraczę Cię, Drogi Czytelniku, moimi odręcznymi gryzmołami. Obiecuję za to, że je pokochasz za prostotę, humor i jaja.

Nie, nie! Nikomu nie stanie się krzywda. Nie będę kastrować.
Może czasami coś piętrolnę albo wkurnię.
Może nawet trochę częściej niż czasami. Charakter zobowiązuje.

Po co to miejsce?


Bo ja lubię pisać, a Ty lubisz mnie czytać. Lub za chwilkę polubisz.
Jak już wspomniałam kilka linijek wyżej, Morela wykluła się gdzieś po drodze prowadzenia drugiego bloga.
Jest on, i mam nadzieję, że jeszcze długo sobie pobędzie, stroną o moim życiu z architekturą w tle. Czyli o pracy, projektowaniu, głupich szefach, inwentaryzacjach, starych kamienicach, głupich szefach, fotografii, kiedyś nawet o biżuterii. Bo kiedyś nie miałam pojęcia, że doba ma tylko 24 godziny.
Wspominałam już o głupich szefach?

Gdzieś pomiędzy to wszystko wplotły się i inne tematy - blogowanie, rozmówki osobiste, przemyślenia, dzielenie się i duża dawka humoru. Ba! Nawet udało mi zahaczyć o kulinaria!
I nic nie wybuchło :P
Stwierdziłam, że za dużo tego. Aby nie robić bałaganu lub nawet tego drugiego na be, zaczęłam ograniczać wpisy z innych kategorii, ale to sprawiło, że dusiłam się we własnym sosie, na wolnym ogniu i pod szczelnym przykryciem. Gulasz z Mary? Drogi Czytelniku, nie brzmi to za dobrze, prawda? Zapadła decyzja.
Nastał czas, by powołać do życia coś nowego.
Zabawiłam się w doktora Frankensteina.

Dlaczego O w Morelę?


Nazwa przyszła nagle, przy okazji konkursu na zamienniki soczystego rzutu mięsem.
Przyznaj, lepiej brzmi niż o, w mordę!  Lub jeszcze inaczej ;) A efekt niemal ten sam. I z jajem.

Oczywiście, co bardziej wprawne oczęta czytelniczek, które znają mnie już dłużej, dopatrzyły się pewnego wymownego podobieństwa mojej graficznej moreli do powyższego "jeszcze inaczej". Zuch dziewczynki! :)
Hasło okazało się na tyle pięknie brzmiące, że podsunęłam je Zenji do kreatywnego wyzwania rysunkowo-pisarskiego, a ona z dziką rozkoszą je do niego dołączyła. Czyli się przyjęło :)


I co dalej?


A dalej to standardowo - ja będę pisać, a Ty, Drogi Czytelniku, z uśmiechem na ustach będziesz mnie czytać.
Przynajmniej taką mam nadzieję, bo doszły mnie słuchy, że całkiem nieźle mi to wychodzi.

A o czym?
Co powiesz na porady? Takie na serio, ale i takie z jajem?
Co powiesz na obserwacje? Oczywiście suto okraszone humorem i ostrosłowem?
A może do kompletu farmazony, co by zbyt nudno się nie zrobiło?

Zero architektury, zero pracy, zero stresu!

Może czasami jakąś statuetkę Zgniłej Moreli wybrańcowi miesiąca przyznam ;)

To jak, zajrzysz do mnie jeszcze?
No to jesteśmy umówieni! :)


Niech Ci Morela śmieszną będzie!

sobota, 8 października 2016

Zakupy przed apokalipsą

Brak komentarzy:

czyli jak zrobić zapasy na miesiąc

zakupy | zapasy | sklep | pieczywo | mięso | walka o produkt | apokalipsa | dzień wolnego | jak zrobić zakupy | jak robić szybko zakupy | robienie zakupów przed dniem wolnym |


A za czym ta kolejka stoi? - pomyślałam przestępując próg jednego z pobliskich marketów spod żółto-czerwonego owadziego szyldu i wbijając wzrok w wygłodniały tłum przy kasach.

Rzucili promocję na trupy? - minęłam puste chłodziarki z mięsem.
Kończy się słodka woda na ziemi? - rzuciłam okiem na puste półki po napojach mniej lub bardziej gazowanych.
Przylecieli kosmici i zeżarli wszystkie pączki? - próbowałam delektować się szybko znikającym z półek zapachem słodyczy.

Nie, nic z tych rzeczy.

Widząc determinację na twarzach ludzi, niepewnie ruszyłam po bułki.
Delikatnie i nie zwracając niczyjej uwagi otworzyłam pokrywę pojemnika. Woreczek w mej dłoni zaszeleścił. Zwrócił uwagę tlenionej blondyny z wielkim cycem skalpela chirurga, która zareagowała szybciej, niż Wiedźmin po eliksirach.

Nie zauważyłam, kiedy dostałam cycem rozmiar “G” pod oko. Nie zauważyłam, kiedy pięć bułek zniknęło sprzed moich wyciągniętych dłoni. Nie zauważyłam, kiedy je wrzuciła do swojego, wypełnionego po brzegi karkówką koszyka.

Został rogalik. Nie lubię, ale trudno, coś jeść trzeba.

Z podbitym okiem skierowałam swe kroki do półki z gotowym i półgotowym żarciem.
Nie zamierzałam się wysilać - sos słodko-kwaśny z ryżem i kurczakiem na obiad w zupełności wystarczy. Na dwa dni.
Lecz tam już stacjonowała niewysoka staruszka, z pełnym makaronu koszykiem.

Zacisnęłam dłonie na swym rogaliku i ruszyłam naprzód. Sosów na szczęście było pod dostatkiem, zapewne niewielu jeszcze ludzi się przekonało, że są naprawdę smaczne, choć niedrogie.
Uradowana, że tym razem obeszło się bez walnięcia cycem, udałam się do kasy. Lecz staruszka zajechała mi drogę, zrobiłam półobrót w powietrzu, schyliłam głowę unikając jej łokcia, dźwięk moich kręgów szyjnych zasugerował, że na dziś gimnastyki wystarczy.

Z iście słoniowym wdziękiem wpadłam na matkę z ryczącym dwukrotnym 500+, komunikującą się wysokodźwiękowo z drugim producentem ryczących 500+. Tu badania genetyczne byłyby zbędne.
To mi przypomniało, że przydało by się coś na filtrowanie nereczek. Rzuciłam szybko okiem za siebie. Mojego nie ma! Chwyciłam w locie inny chmielny zamiennik, póki jeszcze był na wyciągnięcie mej spragnionej łapki.


I uderzyła we mnie ta myśl - jak bardzo jestem nieprzystosowana do życia w społeczeństwie.

Przecież sama powinnam z główki przywalić tej tlenionej blondynie i zabrać 5 ostatnich bułek. A kuj, że potrzebowałam tylko dwie.
Przecież tej staruszce też mogłam zajść drogę, wypinając uzyskane tu i ówdzie w ciągu ostatniego roku dodatkowe 11 kg.
A tamtej matce z podwójnym 500+ pomóc w wyborze i kupić te ostatnie 7 czteropaków w promocji.

Poobijana, obdarta z bułek, ze śliwą pod okiem w kształcie cyca, w końcu postanowiłam stanąć do kolejki.
Lecz jej tam nie było. Tzn. była, lecz końca nie było.
Obróciłam się, kolejka sięgała drugiego końca sklepu i zakręcała przy nabiale.
Trudno, pomyślałam, są cztery kasjerki, szybko pójdzie.

40 minut później na horyzoncie zamajaczyła pierwsza kasa.
Opierając się o słup obudowany blachą ryflowaną z ulgą przesunęłam się o całe 3 centymetry.

Co macie takie tłumy dzisiaj? - po kolejnych 40 minutach w końcu zagadałam do kasjerki.
Jutro dzień wolnego - rzuciła mi w twarz okiem, kasując piwo. Już mnie znała, więc nie spytała o dowód.

Gdzieś z tyłu głowy poczułam mrowienie, ktoś mi się przyglądał, czułam to.
Odwróciłam głowę, niby od niechcenia.
To jakieś sto par oczu wyliczało właśnie moje kolejne sekundy okupowania kasy. Zawahałam się. Sięgnęłam do lewej kieszeni i wyciągnęłam moją finansową broń, z końcem miesiąca przywdziewającą podtekst erotyczny. Przyłożyłam kartę do czytnika.

Nie odważyłam się przedłużać tej świętej dla wielu stojących za mną chwili opuszczania kasy.

Za progiem sklepu uderzyła we mnie tylko jedna myśl: no tak, dzień wolnego.
Wszystko zamknięte.


O w morelę!

To będzie prawdziwa apokalipsa.

© Agata | WS
x x x x x x x.