Cytat

Tu Ci zrobię dobrze. Słowem!
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Instagram

Like Us

Like us

Custom Featured

Featured Post

featured Slider

Navigation Menu

Custom Random

Newsletter

Random Post

Popular Posts

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porady. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 marca 2017

Niemoc blogera

Brak komentarzy:

czyli gdy wena zdradza Cię z kimś innym.


Poranek.


Wstaję, odsłaniam roletę i uchylam okno. Do moich uszu dociera hipnotyzujący stukot kropel deszczu. Ten odgłos wycisza, medytuję go jakiś czas, wpatrując się w brudno kremową elewację.
Po chwili zasiadam do komputera, wciskam power i czekam kilka dobrych minut. Tak dawno go nie formatowałam. Kiedyś już się nie uruchomi.
Najeżdżam kursorem na ikonkę skrótu, przechodzę do googlowskich dokumentów. Czuję mrowienie w palcach. To słowa! Chcą się wydobyć, puścić rytmicznym potokiem. Są jak nieokiełznana energia. Pulsują gorącem i twórczością!
Pochylam się nad klawiaturą i… zastygam w bezruchu.

Gdzie ona jest? Przecież jeszcze wczoraj wieczorem, nim zasnęłam, była ze mną!
Gdzie jest wena, która tak dobrze układała mi słowa, splatała w wybitne zdania, rozciągała morze myśli.



Uciekła.


No to chujnia - zaśpiewały szare komórki, a przynajmniej te, które się w pełni już rozbudziły.
No to chujnia - potwierdziłam zerkając na ciepłą jeszcze kołdrę.
Kawa! To z pewnością przez brak kawy.
Udaję się w moich pluszowych papciach do kuchni. Załączam ekspres i niecierpliwie czekam aż wyciśnie do dzbanka ostatnie krople ciemnej strony mocy. Wracam przed ekran z pełnym kubkiem, chwilę napawam się aromatem i wlewam jeszcze gorący napój w gardło. Delektuję się każdym zmielonym ziarenkiem, próbuję wyobrazić sobie soczyście zielone tereny, z których może pochodzić ono i jego bracia.
To na nic! Ona nie wróci. Chujnia z pisaniem.


Weno, gdzie jesteś?


Krzyczę, wołam, ale nie piszę.
Ona nie przyjdzie. Nie chwyci za gardło, nie wciśnie w dłonie pliku kartek. Nie powie: masz, pisz! Teraz! To Twoja szansa!
Nie istnieje.
Tak, ta dziwka-wena, którą wielokrotnie posądzałam o zdradę z kimś innym.
Oto, że dogadzała obcym, choć to ze mną zajadała się kolacją.
Jej brak to tylko świetne usprawiedliwienie dla naszego lenistwa.

Jak zatem radzić sobie z pisarską niemocą i napisać coś mądrego?


Czytaj!


Czytaj dużo i wszędzie. W domu, w drodze do pracy, w kolejce do kasy. Nawet w toalecie! (tym bardziej!)
Czytaj dobre i złe teksty.
Dobre, by móc zapamiętać, co Cię w nich zafascynowało, jakich chwytów pisarskich możesz użyć.
Złe, by wiedzieć czego nie robić, co będzie męczyć czytelników i ich odrzucać.

Pisz!


Mimo wszystko.
Jeśli tylko możesz to co dzień. Choćby po kilka zdań. Pisz, by nie zapomnieć jak wygląda klawiatura. Pisz choćby w notatniku na telefonie. Pisz! Bo jak chcesz napisać dobry artykuł na bloga nie pisząc?

Obserwuj i myśl słowami!


Wszystko co robisz, widzisz, czujesz ubieraj w słowa.
Przechodzisz przez ulicę? Zastanów się, jak ta sytuacja byłaby opisana w Twojej ulubionej książce. Siedzisz w pracy? Które z Twoich emocji przykuły by uwagę czytelnika?
Siedzisz samotnie z kotem i butelką wina? Nalej mi też :P

Daj sobie czasem odpocząć!


Gdy masz mózg wyprasowany pracą (jak ja teraz), gdy Twoja jedyna komunikacja z otoczeniem jest na poziomie RRR! w języku zombie, nie oszukujmy się - chuja napiszesz.
Tzn. może i coś napiszesz, ale z pewnością Pulitzera za to nie dostaniesz. A Twoi czytelnicy mogą najwyżej dostać Nagrodę Jobla. Czy jesteś gotów ponieść wszelkie koszta leczenia psychiatrycznego tych nieszczęśników?
Moja rada: padnij. Byle prosto na pysk. I dopiero jak powstaniesz to coś napisz. Choćby o padzie prostym na pysk.

I pomiziaj kotka!


Zaczytaj się w innych. Inspiruj, ale nie kopiuj (bo za to ktoś może Cię skop...ać).
Chcesz wiedzieć kogo? Tak się składa, że przed wiekami powstało tajne stowarzyszenie, Zakon KOT’a zrzeszający blogerów tylko o najwyższym poziomie komizmu, odwagi i twórczości.
Tak się składa, że odprawili oni ostatnio wspólnie bardzo trudny i pracochłonny rytuał.
Dzięki niemu już żadna niemoc blogera nie będzie Ci straszna.

Oto i oni, oto Ci, którzy uratują Ciebie i Twój blog przed epicką chujnią w Twojej głowie:

wtorek, 29 listopada 2016

Jak się przygotować do konferencji dla blogerów?

Brak komentarzy:

Dwie konferencje, dwa miasta i jeden cel. Może dwa. Albo i trzy. Czyli słów parę o tegorocznych WroBlog i BloSilesia.

 

Kiedy w 2009 roku zakładałam bloga fotograficznego nie wiedziałam, że tak to się nazywa. A o okrzyknięciu się blogerką nawet nie wspomnę. Blog? To się je? A mogę dodać majonezu?

Nie przypuszczałam też, że kiedykolwiek będę jeździć na konferencje dla blogerów. A jednak.

blog | blogowanie | bloger | konferencja | WroBlog | BloSilesia | 2016 | wyjazd | Katowice | Wrocław | porady | przewodnik | wyżera blogera | O w Morelę | Mara Time

Założyłam bloga, takiego z prawdziwego zdarzenia, pisanego, z ładnymi zdjęciami, grafikami, otoczonego z każdej strony profilami w różnych social mediach. Czasami nawet z legendarnymi już dziubkami na Instagramie :* I obowiązkowymi pluszowymi papciami.

Poznałam poprzez ekran i klawiaturę ludzi, koty i inne kurki. Ci również tworzyli w sieci. I zachciało mi się poznać ich na żywca.
A gdzie najlepiej poznać drugiego blogera?
Tak, na konferencji dla blogerów. Tylko tam występują stadnie :)

Tylko jak się do niej przygotować, co ze sobą zabrać i od czego zacząć?

Zapisy / bilety

Przede wszystkim na wymarzoną konferencję trzeba się najpierw dostać.

Trochę głupio by było jechać kilkaset kilometrów w ciemno, nie wiedząc czy będzie się miało miejsce siedzące czy wiszące na parapecie za oknem.
Ale jak? A to już zależy od organizatorów.

Moją pierwszą blogową konferencją była tegoroczna edycja WroBlog, na którą były zapisy.
Należało wypełnić udostępniony przez organizatorów formularz rejestracyjny i uzbroić w cierpliwość. W sporą dawkę cierpliwości i nutelli.
Gdy moje nerwy były już napięte do granic możliwości, dokładnie w momencie, gdy otwierałam trzeci słoik pocieszającej mnie w każdej ciężkiej chwili nutelli, otrzymałam maila z zaproszeniem. Tak, dostałam się na moją pierwszą konferencję :) W dodatku w ukochanym Wrocławiu!

Na drugą w życiu konferencję, czyli BloSilesię, która odbyła się parę dni temu, co prawda nie było formularza zapisu i długiego oczekiwania na werdykt organizatorów, ale to wcale nie oznacza, że kosztowała mniej nerwów.
Tu liczył się czas! Pod każdą postacią.
Wehikuły czasu, czasowstrzymywacze i zmieniacze czasu były jak najbardziej wskazane :)
Na BloSilesię były bowiem bilety, zatem rządziła zasada kto pierwszy ten lepszy.
Pierwsza tura biletów rozeszła się bardzo szybko, bo chyba w mniej niż 20 minut. Podczas drugiej wielu nawet nie zdążyło wypowiedzieć zdania “Świętej Makreli dodaj czekolady, niechaj dobrze smakuje!”

Jeśli chodzi o same bilety i zaproszenia, na BloSilesii nawet w ostatniej chwili można było odstąpić swoje miejsce drugiej osobie. W ten właśnie magiczny sposób udało się podmienić Ewę, która się nam niespodziewanie w piątek rozchorowała, na Narwanego.
Na WroBlog niestety takiej opcji nie było, a przynajmniej ja nie słyszałam. Zapewne dlatego, że czekały już na nas wydrukowane imienne identyfikatory.

W Katowicach identyfikatory wypisywaliśmy sami. Czyli witam ja i moje nieczytelne pismo.


Zaprezentuj się i daj zapamiętać

Gdy jechałam do Wrocławia byłam kompletnie zielona w tematyce konferencji dla blogerów. I w sumie nadal jestem.

Doświadczona jednak spotkaniami i prezentacjami związanymi z moją branżą, wiedziałam że przydałoby się mieć wizytówki, aby jak najlepiej się przedstawić i dać zapamiętać.
Wpadłam na pomysł wlepek - naklejek z logo mojego bloga, które rozdawała bym z hasłem “a daj Ci wlepię!” ;)
Niestety, nawał pracy w ostatnim tygodniu przed konferencją skutecznie mnie od tego pomysłu odwiódł.

Tego błędu nie popełniłam przy spotkaniu w Katowicach.
Wizytówki zaprojektowałam odpowiednio wcześniej, w kilku...nastu opcjach. Z powodu niedawnych narodzin Moreli zdecydowałam się na składane / bigowane. Na przód poszła architektoniczna Mara Time, na tył dupiasta O, w Morelę. Aby zostać zapamiętaną, w środek wrzuciłam kalendarzyk na 2017 rok.
Mam nadzieję, że dzięki temu Ci co dostali ode mnie wizytówki będą ze mną przez okrągły morelowy rok :) Będziecie?


Dojazd i nocleg

Już wiesz, że jedziesz na wymarzoną konferencję, warto zatem odpowiednio wcześniej zapewnić sobie dogodny dojazd i nocleg.
Nie, pod żadnym pozorem nie zostawiaj tego na ostatnią chwilę! Zabraniam! Bo czeka Cię jazda hulajnogą i chrapanie na dworcu. Jak typowy menel ;)

Aby dotrzeć do Wrocławia miałam dwie opcje do wyboru: Polski Bus lub pociąg.
Niestety z rezerwacją biletu na busa zbyt długo zwlekałam, więc ostatecznie musiałam jechać naszymi cudownymi kolejami polskimi. I się nie wyspać, o odleżynach na arystokratycznym siedzeniu nie wspominając.
Natomiast jednonocny dach nad głową i dmuchany elektrycznym pierdzioszkiem materac pod tyłkiem zawdzięczam Dizajnuchowi i jego Małej Żonce, którzy ugościli mnie w swoim studio projektowym. Dzięki, kochani, wciąż Wam wiszę Dary Losu :)

Katowice na szczęście są moją górnośląską bajką - 30-minutowy dojazd w przemiłym towarzystwie Ani + nocleg we własnej kociej pościeli. Szkoda, że zimnej - ogrzewanie i ciepłą wodę trafił szlag. Już szykuję nominację do Zgniłej Moreli Miesiąca.

Jak się ubrać?

W miniony piątek, gdy się okazało, że Ewa leży rozłożona, jej bilet powędrował do Dawida.

Wieczór, czas fejs-zbuka i telefon od Narwanego:

- Ej, ale jak ja mam się ubrać?
- Zwyczajnie. Ja się ubieram jak Menel z Biura.
- Ale koszula, garnitur?
- Nie, no. Wygodnie i zwyczajnie ;)

No właśnie, nikt nie będzie od Ciebie wymagać galowego stroju, lakierków na nogach czy sukni balowej z koronką. Ten gorset lepiej też schowaj do szafy! To zwyczajne spotkanie ze zwyczajnymi ludźmi w zwyczajnym miejscu. Jeśli nie jesteś prelegentem - ubierz się jak chcesz. Byle wygodnie.

Po prostu coś ubierz.

Bo jeśli się nie ubierzesz to z pewnością zostaniesz zapamiętany. Niekoniecznie dobrze ;)
A to już zaowocuje problemami na długie lata.

Chłoń wiedzę prelegentów

Bądź jak gąbka. Jak najdroższy ręcznik papierowy. Jak Tommy Lee Jones w “Ściganym” ;)
Chłoń ją wszystkim co posiadasz - umysłem, notatnikiem, aparatem, laptopem, podsłuchem, ukrytą kamerką.

Bo na konferencję jedziesz nie tylko dla spotkań towarzyskich, ale również aby się uczyć. Chyba, że czujesz się już na tyle dużym blogerem, że masz to głęboko w… moreli.
Wtedy możesz sobie olać wykłady, bylebyś innym nie przeszkadzał w słuchaniu tego, co dla świeżynek może się okazać pomocne. Choć trzeba przyznać, że duzi blogerzy tu pewnie nawet nie zajrzą.

Oczywiście, zdarzają się prelegenci, którzy swoją prezentację udostępnią. I chwała im za to, niechaj się mnożą.
Bo część moich notatek z obu konferencji można postawić w muzeum obok hieroglifów egipskich. Nikt nie dostrzeże różnicy, a historycy będą się o nie bić na maczugi.

Nie bój się zagadać do tych, których znasz tylko z drugiej strony ekranu

To zwyczajni ludzie. Ty też daj się poznać bliżej i udowodnij, że nie jesteś maszynką do klepania w klawiaturkę.

Najlepiej zajdź upatrzonego wcześniej blogera po cichutku, na paluszkach, od tyłu i krzyknij: “Cześć, babo!” jak to z wdziękiem uczyniła mi Karola. Poprzytulajcie się, walnijcie kilka fotek w fotobudce.
I koniecznie wypijcie kawę! Kawa zawsze skraca dystans. Jeszcze bardziej dobre żarło i piwo.

Wstydzisz się albo nie jesteś pewien czy upatrzona ofiara to ten bloger? Napisz do niego na fejsie, insta czy puść inny sygnał świetlny, np. poprzez bezpośredni kontakt. Nawet jeśli to będzie ktoś zupełnie inny, masz świetną okazję poznać nową osobę!
A na kolejnej konferencji poznać tę osobę jeszcze raz ;)

Dobrych nowych znajomych nigdy dość!



Efekty specjalne, czyli co się dzieje po konferencji

Bo tak szczerze powiedziawszy to mogą się dziać przeróżne, niewytłumaczalne i nieprzewidywalne rzeczy. Nie polecam odprawiania egzorcyzmów - i tak nie pomogą!

Tradycją już jest, że po każdej konferencji odbywa się afterparty. Czyli okazja do pogadanki przy kawce. Lub nie tylko.
Czasami afterparty roznosi się na inne lokale. Polecam te z dobrym żarciem.
Oto nadszedł czas, by poznać się bliżej, wymienić blogowymi doświadczeniami czy… pogadać o pracy, jak to uczyniliśmy po WroBlog.


Niektóre konferencje oferują też atrakcje dodatkowe. Tak właśnie było we Wrocławiu.
Na drugi dzień, w pewną piekielnie upalną niedzielę, dane mi było odbyć instawalk po Wrocławiu.
Minusy? Tak, jeden - temperatura! Choć był to koniec sierpnia termometry wskazywały o dużo za dużo powyżej mojej normy. Skandynawska krew dała o sobie znać.
Jednak nie żałuję ani minuty. Takich obiektów jeszcze nigdy w życiu na oczy nie widziałam. No, może tylko w Bytomiu ;)
Ale przyznaję, kilka razy dostałam architektonicznego orgazmu! Marta tego świadkiem.
Ciekawi? Zajrzyjcie na mój architektoniczny instagram Mara Time.




Była też możliwość zwiedzania ZOO, ale to najlepiej opisują Karola z Życie Me oraz Ela z Pierwszej Damy.
Ja w tym czasie wracałam już na Górny Śląsk, niestety w towarzystwie jak zwykle zbyt głośnych Włochów i jakiejś nie do końca świeżej kanapki w żołądku :/

 

A co po BloSilesii?

Niestety i na szczęście nic.
Sami organizatorzy nie planowali żadnych dodatkowych atrakcji na następny dzień, zatem z Elą zaplanowałyśmy sobie taką same. Miał to być instawalk po Nikiszowcu. Napisałam po kociemu “miał”, bo w końcu pokonała nas pogoda i siły wyższe.
Ale co się odwlecze to dogonię ja sama ;)

To jak? Gotowi na konferencje blogerskie? Pasy zapięte? Umysły chłonne?

Powiem zatem krótko - do dzieła, bo warto!

 

Na co jeszcze czekasz? Rusz tyłek sprzed kompa i leć na spotkanie blogerów nim zajmą Ci miejsce!

sobota, 8 października 2016

Książki, które gryzą

Brak komentarzy:

czyli co zrobić z dobrą fabułą, ale kiepsko napisaną


Lubię czytać. Ba! Uwielbiam!
A jeśli tu jesteś, drogi Czytelniku, to znaczy, że Ty również.

książka | book | audiobook | fabuła | treść | źle napisana |

Wgłębiam się w te pierwsze słowa, niczym w najbardziej puszystego pączka. Smakuję powoli nadzienie - tajemnicze i aromatyczne. Wtulam w świat stworzony przez autora, umysł wraz z dłonią przenikają przez pierwsze warstwy akapitów.

Fabuła wciąga, chcę czym prędzej wiedzieć co będzie dalej, kosztować jej stopniowo, ale i głębiej.
Ale się nie da. Natrafiam na beton.
Łamię zęby mej ciekawości o mur postawiony przez twórcę.

Z coraz większym oporem czytam kolejne zdania, oczy bolą. Dusza boli, bo ciekawość mnie wręcz zżera.

Ale czy warto się tak męczyć?
Czy warto przedzierać się przez kolejne zagmatwane zdania tak nieumiejętnie wydziergane drutem kolczastym przez pisarza.
Wiem, nie każdy może być Kingiem, który w idealny sposób łączy swą nieograniczoną wyobraźnię z doskonałym warsztatem pisarskim.
Ale nie każdy też jest masochistą, by katować szare komórki zdaniami bez sensu!

Żeby daleko nie szukać, miałam tak ostatnio z jednym z głośniejszych hitów.
Nie wiem jak inni czytelnicy tę powieść przeżyli, chyba mieli znieczulenie jakieś.
Tytuł pozostawię dla siebie, aby nie robić antyreklamy.

Zainteresowałam się fabułą - ciekawy i niekonwencjonalny pomysł to jest to co lubię najbardziej.
Niedługo później książka w ręku, nareszcie czytam.
Pierwsza strona - trochę ciężko, ale jak wiadomo do każdego stylu trzeba się przyzwyczaić.
Druga strona - ciężej, chyba autorkę coś bolało. Całkowicie ją rozumiem, mnie też to coś zaczyna boleć.
Trzecia strona, czwarta. Przy ósmej skapitulowałam.

Tytuł wylądował na pokaźnej już stercie z napisem “literacki masochizm - ruszyć tylko gdy wszystkie inne książki wylądują na Marsie”.

Ale historia we mnie pozostała. Kręciła się w te i z powrotem, jak mała wygłodniała orka.
Dobra! powiedziałam. Masz mnie.
Tym jednak razem nie sięgnęłam kolejny raz po wersję papierową. Postanowiłam nie męczyć i tak skatowanych komputerem oczu, a umysłowi wyłapywać tylko to co najistotniejsze.
Tak, drogi Czytelniku, Ty już się domyślasz jak ją potraktowałam.

Bezlitośnie i z pełną premedytacją - audiobookiem.
(na szczęście takowy został wydany :)

Gdybym musiała tę powieść czytać zajęło by mi to z pół roku, może dłużej.
By nie oszaleć wskazane by były przerwy, długie przerwy.
Dzięki czytanej książce to było niewiele ponad 10 godzin.

Przyznaję, czasami przysypiałam.
Ale miałam rację - fabuła przeciekawa, z nielicznymi wyjątkami, na które mogę jednak przymknąć oczko, szczególnie w przypadku debiutu.
Zakończenie równie zaskakujące.

Jednak styl pisania? Zdecydowanie do doszlifowania. A może raczej przeszlifowania w bardziej lekki i przystępny.

Co najciekawsze, niedługo później trafiłam na film oparty na tej właśnie powieści.
To znak, że nie tylko mnie pomysł przypadł do gustu.
Powiem szczerze, to co ekipa filmowa zrobiła to istny majstersztyk. Nigdy bym nie pomyślała, że ekranizacja jakiejkolwiek książki może być lepsza od niej samej.

Szczególnie po Jackson’owskim Hobbicie.


Dobiła Was ostatnio jakaś książka? Pogryzła?
Warto się było przemęczyć?

Zakupy przed apokalipsą

Brak komentarzy:

czyli jak zrobić zapasy na miesiąc

zakupy | zapasy | sklep | pieczywo | mięso | walka o produkt | apokalipsa | dzień wolnego | jak zrobić zakupy | jak robić szybko zakupy | robienie zakupów przed dniem wolnym |


A za czym ta kolejka stoi? - pomyślałam przestępując próg jednego z pobliskich marketów spod żółto-czerwonego owadziego szyldu i wbijając wzrok w wygłodniały tłum przy kasach.

Rzucili promocję na trupy? - minęłam puste chłodziarki z mięsem.
Kończy się słodka woda na ziemi? - rzuciłam okiem na puste półki po napojach mniej lub bardziej gazowanych.
Przylecieli kosmici i zeżarli wszystkie pączki? - próbowałam delektować się szybko znikającym z półek zapachem słodyczy.

Nie, nic z tych rzeczy.

Widząc determinację na twarzach ludzi, niepewnie ruszyłam po bułki.
Delikatnie i nie zwracając niczyjej uwagi otworzyłam pokrywę pojemnika. Woreczek w mej dłoni zaszeleścił. Zwrócił uwagę tlenionej blondyny z wielkim cycem skalpela chirurga, która zareagowała szybciej, niż Wiedźmin po eliksirach.

Nie zauważyłam, kiedy dostałam cycem rozmiar “G” pod oko. Nie zauważyłam, kiedy pięć bułek zniknęło sprzed moich wyciągniętych dłoni. Nie zauważyłam, kiedy je wrzuciła do swojego, wypełnionego po brzegi karkówką koszyka.

Został rogalik. Nie lubię, ale trudno, coś jeść trzeba.

Z podbitym okiem skierowałam swe kroki do półki z gotowym i półgotowym żarciem.
Nie zamierzałam się wysilać - sos słodko-kwaśny z ryżem i kurczakiem na obiad w zupełności wystarczy. Na dwa dni.
Lecz tam już stacjonowała niewysoka staruszka, z pełnym makaronu koszykiem.

Zacisnęłam dłonie na swym rogaliku i ruszyłam naprzód. Sosów na szczęście było pod dostatkiem, zapewne niewielu jeszcze ludzi się przekonało, że są naprawdę smaczne, choć niedrogie.
Uradowana, że tym razem obeszło się bez walnięcia cycem, udałam się do kasy. Lecz staruszka zajechała mi drogę, zrobiłam półobrót w powietrzu, schyliłam głowę unikając jej łokcia, dźwięk moich kręgów szyjnych zasugerował, że na dziś gimnastyki wystarczy.

Z iście słoniowym wdziękiem wpadłam na matkę z ryczącym dwukrotnym 500+, komunikującą się wysokodźwiękowo z drugim producentem ryczących 500+. Tu badania genetyczne byłyby zbędne.
To mi przypomniało, że przydało by się coś na filtrowanie nereczek. Rzuciłam szybko okiem za siebie. Mojego nie ma! Chwyciłam w locie inny chmielny zamiennik, póki jeszcze był na wyciągnięcie mej spragnionej łapki.


I uderzyła we mnie ta myśl - jak bardzo jestem nieprzystosowana do życia w społeczeństwie.

Przecież sama powinnam z główki przywalić tej tlenionej blondynie i zabrać 5 ostatnich bułek. A kuj, że potrzebowałam tylko dwie.
Przecież tej staruszce też mogłam zajść drogę, wypinając uzyskane tu i ówdzie w ciągu ostatniego roku dodatkowe 11 kg.
A tamtej matce z podwójnym 500+ pomóc w wyborze i kupić te ostatnie 7 czteropaków w promocji.

Poobijana, obdarta z bułek, ze śliwą pod okiem w kształcie cyca, w końcu postanowiłam stanąć do kolejki.
Lecz jej tam nie było. Tzn. była, lecz końca nie było.
Obróciłam się, kolejka sięgała drugiego końca sklepu i zakręcała przy nabiale.
Trudno, pomyślałam, są cztery kasjerki, szybko pójdzie.

40 minut później na horyzoncie zamajaczyła pierwsza kasa.
Opierając się o słup obudowany blachą ryflowaną z ulgą przesunęłam się o całe 3 centymetry.

Co macie takie tłumy dzisiaj? - po kolejnych 40 minutach w końcu zagadałam do kasjerki.
Jutro dzień wolnego - rzuciła mi w twarz okiem, kasując piwo. Już mnie znała, więc nie spytała o dowód.

Gdzieś z tyłu głowy poczułam mrowienie, ktoś mi się przyglądał, czułam to.
Odwróciłam głowę, niby od niechcenia.
To jakieś sto par oczu wyliczało właśnie moje kolejne sekundy okupowania kasy. Zawahałam się. Sięgnęłam do lewej kieszeni i wyciągnęłam moją finansową broń, z końcem miesiąca przywdziewającą podtekst erotyczny. Przyłożyłam kartę do czytnika.

Nie odważyłam się przedłużać tej świętej dla wielu stojących za mną chwili opuszczania kasy.

Za progiem sklepu uderzyła we mnie tylko jedna myśl: no tak, dzień wolnego.
Wszystko zamknięte.


O w morelę!

To będzie prawdziwa apokalipsa.

© Agata | WS
x x x x x x x.