Cytat

Tu Ci zrobię dobrze. Słowem!
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Instagram

Like Us

Like us

Custom Featured

Featured Post

featured Slider

Navigation Menu

Custom Random

Newsletter

Random Post

Popular Posts

wtorek, 28 marca 2017

Menele z Biura, czyli jak przeżyć swój pierwszy raz...

Brak komentarzy:

...w walącej się kamienicy.


Poruszenie

Pierwsze jeszcze nieśmiałe, ledwie odczuwalne.
Drugie znacznie bardziej natarczywe, drżące z niepohamowanego pragnienia niszczenia.

Misternie zdobione złotą koronką filiżaneczki po prababci zatańczyły kankana ze srebrnymi łyżeczkami w zabytkowym kredensiku.
Talerz, nieświadomy swego nie-lotu, wylądował na podłodze przeobrażając się w tysiące błyszczących drobinek. Jednak nie był latający. Czyżby mamusia była pingwinem? Po okolicy rozszedł się jęk i przeraźliwy zgrzyt ceglastego potwora. Skorodowana stal zagrała symfonię o mur i beton.

Ktoś 5 kilometrów dalej leniwie podniósł zbyt ciężkie jeszcze o tej porze powieki. Ostrożnie stawiając stopy na zimnej podłodze dokonał niemal całkowitego przebudzenia wciąż galaretowatego ciała. Nastąpiła transformacja w szlafrokus ziewus vulgaris. Omijając światło nocnej lampki przycupnął w pobliżu okna, obserwował zastygły we śnie świat.
Ten ktoś jeszcze nie wiedział o nadchodzącym pierwszym wyzwaniu.

 

Obiekt

Czerwona kropka łapczywie prześlizgiwała się po obiekcie. Badała każdego pora, najdrobniejszą skazę, prawie wygojone zacięcia przy zbyt szybkim porannym goleniu. Przesuwała się nieubłaganie w jednym kierunku - ku skroni.

Kolega D, wstrzymując oddech i skupioną pozycję ewidentnie wydalniczą, celował do ofiary.
Ofiary dowcipu.

Niestety, cel nieświadom dziejącego się właśnie zamachu na jego dobry humor i wzrok, oddalił się niegdyś czystą ciężarówką wraz z zapaleniem zielonego światła na skrzyżowaniu.
Wygłodniała czerwona kropka i tym razem musiała zadowolić się stuletnią cegłą.

To był drugi dzień naszego zesłania.
Le Chat, będący najbardziej niespełnioną artystyczną formą życia, jaką widziała ludzkość oraz nasz były szef w jednej osobie, nawet nie starał się ukrywać swojego niezadowolenia. Z resztą ostatnimi czasy coraz słabiej mu wychodziło ukrywanie czegokolwiek. W tym krzywych nóżek w przykrótkich portkach.

Dbając o swe zdrowie psychiczne, fizyczne oraz wytrzymałość zwieraczy, kilka dni wcześniej postanowiliśmy opuścić kamienicę z przełomu XIX i XX wieku, nie dokonawszy kompletnego jej pomiaru.
Przyznaję, to ja spanikowałam już na pierwszym półpiętrze, widząc stalową konstrukcję misternie zdobionych schodów odstającą o, bagatela, 15 cm od muru. A przynajmniej czegoś, co mogło go przypominać jakieś 100 lat temu.
A teraz za to słono płaciliśmy rzadko spotykanymi obecnie walutami - strachem, węchem i problemami z jelitami.

Budynek trzymał się jeszcze jako-takiej kupy chyba tylko za sprawą siły woli najemców lokali usługowych mieszczących się w części parterowej: jakiejś restauracji dziesiątej kategorii, stworzonej wręcz do urządzania stypy za stypą oraz mięsnego niewiadomego pochodzenia, dostępnego tylko od podwórza. Ciekawe dlaczego?

Tak, już na pierwszy rzut oka było widać, że oto zbliża się największa stypa w tym budynku.
I ostatnia.

My już wiedzieliśmy, imprezka będzie tak huczna, że rozejdzie się szerokim echem i tumanem kurzu po całej dzielnicy.
I kilku poziomach chodników kopalnianych poniżej.

Piwnice i parter opanowaliśmy niezwykle szybko i zgrabnie, na paluszkach, już za pierwszym podejściem. Na szczęście nie wymagało to zbyt dużej odporności psychicznej i szelek zabezpieczających przed upadkiem z wysokości 200 metrów. Wspólnie odprawiliśmy rytualny taniec pomiędzy lodówami ze zwłokami a koszami pełnymi święcących w ciemnościach warzyw. Ale najgorsze było dopiero przed nami.

Pierwsze piętro, obmierzone jakąś godzinę wcześniej, mieściło niegdyś przedszkole. Można to było rozpoznać po artystycznych malunkach na ścianach wykonanych unikatową ręczną techniką, teraz pokrytych licznymi pajęczynami spękań.
Kolejne piętro to poddasze, częściowo nieużytkowe.
Spękania ścian powoli zaczęły nam odsłaniać krwawe oblicze skruszonych cegieł.
Schody, co raz bardziej przekrzywione w stronę utraconego w ścianie podparcia, bezgłośnie szeptały coś o rychłej ucieczce i ewentualnym rabacie na darmowy pochówek.
Nadproża okien na klatce schodowej już dawno zapomniały jaką powinny pełnić funkcję, malowniczo zwisając na tle błękitnego nieba.

 

Zdecydowanie należał nam się odpoczynek

Kolega D w celu odstresowania właśnie postanowił zagrać największą rolę swojego życia.
Godną Łoskara!

Oto przy okienku, na walącym się poddaszu, pozycję krwiożerczego łowcy przybrał najbardziej nieprzewidywalny płatny morderca XXI wieku. Wstrzymując oddech oraz inne lotne substancje, powoli podnosił swój niepowtarzalny sprzęt z naprowadzaniem laserowym. Skupiony wzrok mówił jedno - już mi nie uciekniesz. Nigdy nie chybiał.

Nie śmiem się nawet domyślać, czyja twarz tak naprawdę stała mu przed oczami.
Za to ja, jak na kompletnego żółtodzioba w branży przystało, postanowiłam pozwiedzać.

Widoki były nieziemskie - gdzie się nie obróciłam, tam wszędzie napotykałam na krajobraz niemal księżycowy. A z pewnością jak po X wojnie światowej. Cegły, puszki i butelki po bardziej niż tanim winie.

Niestety, poddasze pozwalało jedynie na obroty. Wytrzymałość psychiczna drewnianych desek i sposób ich ugięcia były jasnym komunikatem, by nie nadwyrężać ich jeszcze bardziej.

Przerwa minęła. Ruszyliśmy dalej, po naszych własnych śladach - miejscach najmniejszego ugięcia pod wpływem ciężaru własnego desek.
Na naszej drodze stanęły drzwi. Najzwyklejsze, drewniane, bez możliwości teleportacji w bezpieczniejsze miejsce. O dziwo, wciąż trzymające się w zawiasach.
Jednak żadne z nas nie spodziewało się ujrzeć za nimi…

Wzgórza Meneli

Czym było? Właściwie łatwiej by było opisać czym nie było.
Wielka wyżyna substancji wszelakiej, w tym organicznej i wciąż żyjącej, spojrzała na nas butelkową zielenią spod wiadra po farbie. Poruszyła się, zalotnie zsuwając z samego szczytu zbyt długo używane czyjeś gacie.

Nie wytrzymaliśmy. Drzwi zatrzasnęły się z wielkim hukiem.
To był błąd. Po budynku przeszedł dreszcz silniejszy i głośniejszy niż ubijak wibracyjny zastosowany na asfalcie.
Gdzieś w oddali otworzyło się niespodziewanie jedno z okien, powodując nieziemski przeciąg w czasoprzestrzeni i przeszywający zgrzyt drewnianej konstrukcji dachu.

Nie mieliśmy wyjścia - to były dwa ostatnie pomieszczenia.

Zaciskając zęby, nosy i jeszcze bardziej zwieracze, kolega D ostrożnie chwycił za klamkę.
Wzgórze jakby nieznacznie się przesunęło ku nam. Wyłupiaste butelkowe oczy śledziły każdy krok, jakby czekały na naszą pomyłkę.
Zaczęliśmy od ostatniego pomieszczenia. Laser w końcu oznajmił swoje zadowolenie zaserwowanymi mu ceglanymi smakołykami.
Dwa okna, jeden komin, cztery ściany, sufit, podłoga - podstawowy zestaw został ogarnięty.
Zostało kilka ostatnich metrów.
Wzgórze swą rozległością zastawiło nam drogę na dobre.
Właśnie rozpoczęło się ostateczne starcie - musieliśmy z niego wyjść cali i z wymiarami ostatniego pokoju.

Pierwszy zaatakował kolega D, wykorzystując siłę kopniaków oraz ograniczone ruchy Wzgórza wdrapał się na sam jego szczyt.
Triumfując zwycięstwo strącił resztę czyjegoś odzienia z przeterminowanym terminem do noszenia.

Moja kolej.

Nieudolnie, chwiejąc się na nogach bardziej niż pan Edzio po fioletowym zmieniaczu czasu najwyższej jakości i procencie, zdobyłam wierzchołek góry smrodowej.
Tego dnia szczęście mi jednak nie sprzyjało. Ulicą przejechał przeładowany tir, trzęsąc budynkiem od fundamentów aż po kalenicę.
Straciłam równowagę. Oparcie zapewniła mi dopiero ściana. Bez tynku.
Mur zajęczał niemal w tej samej tonacji co ja. Szyby w oknach zawibrowały od nadmiaru mojego słodkiego wysokiego śpiewu.
Zostałyśmy z kamienicą siostrami krwi.

Chwilę później było już po moich pierwszych kompletnych pomiarach.
Schodząc po schodach słyszałam jej szepty. Niemal czułam za sobą opadające kolejno cegły. Oczami wyobraźni widziałam jak składa się w sobie z rozpaczy.

 

Dotarliśmy na podwórze

Ciepłe słońce szybko uzupełniało stracony w zimnych umierających murach dobry humor. Starałam się nie odwracać, kątem oka jednak widziałam puszczone w moim kierunku okienne oczko kamienicy sąsiedniej.
Już wiedziałam - ona będzie następna.

Na zawsze przepadłam w ceglanych murach.

 

cdn.

niedziela, 19 marca 2017

Jak zrobić dobrze blogerowi?

Brak komentarzy:

Czyli tych twórców warto przelecieć


Przysunęłam twarz bliżej ognia. Przyjemne ciepło rozlało się po policzkach i ramionach. Dłuższą chwilę wpatrywałam się w ogień, lecz ten nie przemówił.
Może czegoś nie dorzuciłam? Zapomniałam o jakimś składniku? Czegoś dałam za mało?
Sięgnęłam po kolejną porcję czosnku. Pociągnęłam nosem, oceniając czekający mnie za chwilę smak.
Idealnie!
Share Week 2017 | polecam | blog | blogowanie | ciekawe blogi

Aromat wydobywający się z kociołka sugerował, że to będzie prawdziwa symfonia smaków! Nalałam jeszcze wrzącego eliksiru mocy do miseczki, zamieszałam łyżką i wchłonęłam.
Taaak, przepyszny żurek :) Dziś mi się udał jak nigdy dotąd!

Ale co z tymi blogerami?


Ha! A Wyście myśleli, że ja nazwy polecanych blogów sobie z zupy wyczaruję, co?

Listę polecanych blogerów mam już od dłuższego czasu ułożoną. Sęk w tym, że jest… dłuższa niż dopuszczają tego reguły Share Week. Cóż, ponownie będzie losowanie.

Dla niewtajemniczonych…

Co to jest Share Week?


To doroczny festiwal, którego początki sięgają końca XVI wieku...echem, przepraszam ;) Nie ta księga.

Początek był w 2012 roku, gdy to Andrzej Tucholski wstał i krzyknął Robimy Internety! I tak powstał Share Week, podczas którego twórcy polecają twórców. Proste!
Gdzie jest haczyk? W ilości. Można polecić tylko trzech twórców z każdej grupy - trzech blogerów i trzech youtuberów.

Ale, jak niemal wszędzie, i tu można nieco nagiąć zasady ;)

Rok temu polecałam Wam siedmiu blogerów, których warto przelecieć. Było to jeszcze na blogu Mara Time. Nie szukajcie go, słowiańskiej tradycji stało się zadość i Mara została… utopiona.
W końcu idzie wiosna ;)


Kogo warto przelecieć w tym roku?


Wiem, tuptacie nóżkami by się dowiedzieć. Nie będę Was dłużej trzymać w niepewności. I tym razem wybrałam siedmiu głównych pisaczy, lecz ponownie mam wrażenie, że wciąż jest ich zbyt mało. I ponownie nie będzie mi łatwo wybrać ostatecznej trójki. Życie, wylosuję!

Zaniczka


Wulkan energii! Jak sama pisze, posiada super moc - jest niepełnosprawna w Polsce. A swoją siłą mogłaby obdarować tuzin ludzi! Pokazuje pełnosprawnym, jak żyją niepełnosprawni. Udowadnia niepełnosprawnym, że można żyć z uśmiechem.

Cholera, jak ja nie lubię tego podziału na pełno i niepełno :P Muszę wymyślić jakiś zgrabny zamiennik na to ;)

Dizajnuch


Kolega po projektowym fachu. O bardzo poważnych sprawach pisze z wielkim jajem. A nawet dwoma. Chodzą słuchy, że jestem jedyną kobietą, poza jego Małą Żonką, którą wpuścił na swój materac. Ale to nieprawda! Materac był Małej Żonki. Chyba :P

A tak swoją drogą to się zastanawiam dlaczego Dizajnuch jeszcze nie gościł na żadnej konferencji w roli prelegenta. Tylko czekać, aż jego podpis będzie wart miliony. Cholera, muszę mu jakąś chusteczkę do podpisu podrzucić ;)

Pociąg do życia


Basia zabierze Cię w podróż po życiu. Może nie zawsze tak czarownym, jak byśmy tego chcieli. Ale dającym naukę i potrafiącym ukazać swe piękno, o ile sami tego zechcemy.

Blogierka


Matka dialogów Krystyny i Stefana, kawoszka, rowerzystka, nałogowo gubiąca rękawiczki. Zna więcej sławnych osób niż niejedna agencja reklamowa. Zręcznie i z humorem pokazuje co się dzieje wokół.
Dzięki niej można z dystansem podejść do wielu życiowych cyrków.

PigOut


Masz podły dzień? Sąsiad Ci podrzucił śmieci na wycieraczkę? Kot obsikał buty? A szef powiedział, że masz lepszy sprzęt od niego? Poczytaj PigOut’a. Byle nie przy jedzeniu, bo nie odpowiadam za oplute ze śmiechu ekrany ;)

Moja sztukoteka


Prawdziwa artystyczna dusza. Zrobi coś z praktycznie niczego. W dodatku świetnie gotuje i pisze, czego jej najbardziej zazdroszczę ;)

Bookworm on the Run


Biega, czyta, dobrze pisze. Umiejętnie żongluje słowami i ubiera je w kilogramy poczucia humoru. Ja chyba jestem uzależniona od blogów piszących z jajem ;)

A co poza tym?


Wariacje nie zawsze na temat

Narwany

Podróż na Księżyc

Nieidealna Anna

Pierwsza Dama

Zdolny ale leniwy


A teraz, kochani, udam się na czterokotowe posiedzenie, celem prawie sprawiedliwego wybrania regulaminowej trójki.
Jak?
Podrzucę podpisane kabanosiki swoim ogoniastym.
Te, które znikną najszybciej, zakwalifikują się do finału.
Sami powiedzcie, sprawiedliwiej być nie może!

Wszystko w łapkach kotów!

wtorek, 7 marca 2017

Niemoc blogera

Brak komentarzy:

czyli gdy wena zdradza Cię z kimś innym.


Poranek.


Wstaję, odsłaniam roletę i uchylam okno. Do moich uszu dociera hipnotyzujący stukot kropel deszczu. Ten odgłos wycisza, medytuję go jakiś czas, wpatrując się w brudno kremową elewację.
Po chwili zasiadam do komputera, wciskam power i czekam kilka dobrych minut. Tak dawno go nie formatowałam. Kiedyś już się nie uruchomi.
Najeżdżam kursorem na ikonkę skrótu, przechodzę do googlowskich dokumentów. Czuję mrowienie w palcach. To słowa! Chcą się wydobyć, puścić rytmicznym potokiem. Są jak nieokiełznana energia. Pulsują gorącem i twórczością!
Pochylam się nad klawiaturą i… zastygam w bezruchu.

Gdzie ona jest? Przecież jeszcze wczoraj wieczorem, nim zasnęłam, była ze mną!
Gdzie jest wena, która tak dobrze układała mi słowa, splatała w wybitne zdania, rozciągała morze myśli.



Uciekła.


No to chujnia - zaśpiewały szare komórki, a przynajmniej te, które się w pełni już rozbudziły.
No to chujnia - potwierdziłam zerkając na ciepłą jeszcze kołdrę.
Kawa! To z pewnością przez brak kawy.
Udaję się w moich pluszowych papciach do kuchni. Załączam ekspres i niecierpliwie czekam aż wyciśnie do dzbanka ostatnie krople ciemnej strony mocy. Wracam przed ekran z pełnym kubkiem, chwilę napawam się aromatem i wlewam jeszcze gorący napój w gardło. Delektuję się każdym zmielonym ziarenkiem, próbuję wyobrazić sobie soczyście zielone tereny, z których może pochodzić ono i jego bracia.
To na nic! Ona nie wróci. Chujnia z pisaniem.


Weno, gdzie jesteś?


Krzyczę, wołam, ale nie piszę.
Ona nie przyjdzie. Nie chwyci za gardło, nie wciśnie w dłonie pliku kartek. Nie powie: masz, pisz! Teraz! To Twoja szansa!
Nie istnieje.
Tak, ta dziwka-wena, którą wielokrotnie posądzałam o zdradę z kimś innym.
Oto, że dogadzała obcym, choć to ze mną zajadała się kolacją.
Jej brak to tylko świetne usprawiedliwienie dla naszego lenistwa.

Jak zatem radzić sobie z pisarską niemocą i napisać coś mądrego?


Czytaj!


Czytaj dużo i wszędzie. W domu, w drodze do pracy, w kolejce do kasy. Nawet w toalecie! (tym bardziej!)
Czytaj dobre i złe teksty.
Dobre, by móc zapamiętać, co Cię w nich zafascynowało, jakich chwytów pisarskich możesz użyć.
Złe, by wiedzieć czego nie robić, co będzie męczyć czytelników i ich odrzucać.

Pisz!


Mimo wszystko.
Jeśli tylko możesz to co dzień. Choćby po kilka zdań. Pisz, by nie zapomnieć jak wygląda klawiatura. Pisz choćby w notatniku na telefonie. Pisz! Bo jak chcesz napisać dobry artykuł na bloga nie pisząc?

Obserwuj i myśl słowami!


Wszystko co robisz, widzisz, czujesz ubieraj w słowa.
Przechodzisz przez ulicę? Zastanów się, jak ta sytuacja byłaby opisana w Twojej ulubionej książce. Siedzisz w pracy? Które z Twoich emocji przykuły by uwagę czytelnika?
Siedzisz samotnie z kotem i butelką wina? Nalej mi też :P

Daj sobie czasem odpocząć!


Gdy masz mózg wyprasowany pracą (jak ja teraz), gdy Twoja jedyna komunikacja z otoczeniem jest na poziomie RRR! w języku zombie, nie oszukujmy się - chuja napiszesz.
Tzn. może i coś napiszesz, ale z pewnością Pulitzera za to nie dostaniesz. A Twoi czytelnicy mogą najwyżej dostać Nagrodę Jobla. Czy jesteś gotów ponieść wszelkie koszta leczenia psychiatrycznego tych nieszczęśników?
Moja rada: padnij. Byle prosto na pysk. I dopiero jak powstaniesz to coś napisz. Choćby o padzie prostym na pysk.

I pomiziaj kotka!


Zaczytaj się w innych. Inspiruj, ale nie kopiuj (bo za to ktoś może Cię skop...ać).
Chcesz wiedzieć kogo? Tak się składa, że przed wiekami powstało tajne stowarzyszenie, Zakon KOT’a zrzeszający blogerów tylko o najwyższym poziomie komizmu, odwagi i twórczości.
Tak się składa, że odprawili oni ostatnio wspólnie bardzo trudny i pracochłonny rytuał.
Dzięki niemu już żadna niemoc blogera nie będzie Ci straszna.

Oto i oni, oto Ci, którzy uratują Ciebie i Twój blog przed epicką chujnią w Twojej głowie:

© Agata | WS
x x x x x x x.